Pamiętacie te słodkie czasy
dzieciństwa, kiedy zmuszało się rodzeństwo, kolegów bądź kuzynostwo, żeby
udawali nasze książęta z bajki? Oczywiście my byłyśmy wtedy gustownymi i
kapryśnymi księżniczkami, których zachcianki trzeba było spełniać, aby nikogo przypadkiem nie dotknął wszechogarniający foch. Nie, żartuję. Ja się tak nie
bawiłam, byłam raczej małą chłopczycą, chociaż do dzisiaj czytając znaczenie swojego imienia napotykam
określenie „księżniczka”, a mama wiecznie powtarza mi, że kiedy się urodziłam,
pielęgniarki nazywały mnie „princessą” i kupiły mi nawet czapeczkę przeznaczoną specjalnie dla jedynej księżniczki na oddziale, bo
tak bardzo uroczym niemowlakiem o błękitnych, anielskich oczkach byłam (co innego dzisiaj, istny pomiot Szatana). Mnie ta królewska mania zaatakowała nieco później. Przyznaję, mam własną koronę (a nawet dwie), balową suknię z kokardą, ale niestety nie posiadam jeszcze zamku i poddanych (księcia na szczęście już
mam!). Americe Singer, głównej bohaterce Rywalek, również wiele brakowało do
zostania księżniczką, a jednak wystarczyła ta jedna magiczna chwila, żeby
stała się… no, właśnie, kim? Bo zanim doszła na szczyt, czekała ją kręta i
długa droga do serca księcia Maxona.
Myślę, że o Rywalkach niewiele
trzeba mówić. Każda z osób czytających, a już szczególnie recenzujących,
natknęła się zapewne na te kolorowe okładki z rudowłosą dziewczyną ubraną w
cudowne suknie balowe. Przyznaję, chciałam się zapoznać z tą serią już wiele
lat temu, ale nie sądziłam, że kiedy w końcu się do niej dobiorę – przepadnę! A
trzeba zacząć od tego, że po opisie spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Takiej... prawdziwej rywalizacji między dziewczętami. Myślałam, że będą podkładać innym pod nogi wybuchowe świnie, targać się za włosy niczym jaskiniowcy, krzyczeć prosto w twarz obelgi, ciąc sobie sukienki nożyczkami, a w rzeczywistości było nieco... inaczej.


