Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przygoda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przygoda. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 listopada 2017

[Recenzja książki] Brandon Sanderson - "Rycerze Krystalii"

Autor: Brandon Sanderson
Tytuł: Rycerze Krystalii
Tytuł org.: The Knights of Crystallia
Cykl: Alcatraz kontra bibliotekarze
Tom: 3
Gatunek: literatura młodzieżowa, fantastyka, przygodowe
Wydawnictwo: IUVI
Data wydania: 25 październik 2017 r.
Ilość stron: 312 stron

Opis: Alcatraz dociera wreszcie do Nalhalli. Chłopak jest wstrząśnięty, gdy przekonuje się, że jest tam naprawdę legendą. Niestety, w Wolnych Królestwach są już także niecni Bibliotekarze, włącznie z jego matką Shastą!
Teraz Alcatraz – wraz z ojcem (który okazuje się trochę dziwny…), pozbawioną godności rycerza Bastylią i dziadkiem Smedrym, jak zwykle spóźniającym się na wszystko (taki talent) – próbuje zapobiec podpisaniu traktatu z Bibliotekarzami, znaleźć zdrajcę wśród rycerzy Krystalii i uratować oblężoną Mokię, jeden z ostatnich bastionów Wolnych Królestw. W międzyczasie usiłuje choć trochę zrozumieć własnego ojca, pomaga przyjaciółce znów zostać rycerzem i… udziela ślubu.
Generalnie zero stresu.

Kolejny tom, kolejne absurdy, kolejne wyzwania. Tym razem główny bohater serii Alcatraz kontra Bibliotekarze trafia (nareszcie!) do krainy, z której wywodzi się zacny ród Smedrych – Nalhalli. To oczywiście nie może skończyć się dobrze, w końcu jak chłopak, którego talentem jest niszczenie wszystkiego wkoło,  ma wieść spokojne życie? Tym razem do dzieła wkraczają smoki będące taksówkami, trzynastolatki, które mogą udzielać ślubu, kilka nowych członków rodziny, no i na zachętę jeszcze wyzwolona bibliotekarka, którą poznajemy w lodziarni. Połączmy wszystkie te atrakcje ze znamienną sławą Alcatraza i… oto mamy wymieszany niczym koktajl w słoiku, idealny (absurdalny) przepis na fabułę.

wtorek, 6 grudnia 2016

[Recenzja filmu] Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć

Tytuł: Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć
Tytuł org.: Fantastic beasts and where to find them
Reżyseria: David Yates
Scenariusz: J.K. Rowling
Gatunek: Fantasy, przygodowe
Premiera: 18 listopada 2016 (Polska), 8 listopada 2016 (świat)
Czas trwania: 2 godz. 13 min.

Opis: Film opowiada o przygodach autora książki „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”, Newta Scamandra, w nowojorskiej społeczności czarodziejów, na siedemdziesiąt lat przed wydarzeniami opisanymi w cyklu o Harrym Potterze.  

Muszę się przyznać, że jako dziecko nienawidziłam czytać. Kiedy byłam w pierwszej klasie podstawówki, rodzice siłą musieli mnie sadzać przed króciutką książeczką, którą miałam zadaną na zajęcia. Pamiętam, że zawsze dużo płakałam i krzyczałam, że nie potrafię się skupić. Nie chciałam czytać czegoś, co było nudne! A potem, dokładnie w trzeciej klasie podstawówki, pojawił się Harry Potter. Początkowo w wersji filmowej, dopiero później mama przekonała mnie przeczytania pięciu książek z serii, które zdążyły już wyjść. Byłam zszokowana, że te papierowe cegiełki mogą być tak cudowne! Od tamtej pory były moimi najlepszymi przyjaciółmi, a panie bibliotekarki nie mogły się ode mnie opędzić i zawsze witały mnie z uśmiechem pełnym zrozumienia. Harry Potter dużo dla mnie znaczy i do tej pory mam do niego duży sentyment, dlatego też bardzo krytycznie patrzę na wszystko, co wyszło w tym roku i jest z nim związane. Chyba domyślacie się, że nie było ze mną łatwo, podczas seansu „Fantastycznych zwierząt i jak je znaleźć”? Już na wstępie mogę się przyznać, że miałam bardzo mieszane uczucia…
Tym razem na ekrany trafił nowy bohater z potterowskiego uniwersum: Newt Scamander. Wydalony z Hogwartu mag, który należał do Hufflepuffu. Przyjacielski, dziwny, nieśmiały i sfiksowany na punkcie magicznych zwierzaków. Nasz bohater trafia do Nowego Jorku, gdzie chcąc nie chcąc, wpada w tarapaty. Jego zekranizowane przygody zawdzięczamy pani Rowling, która sama napisała scenariusz. Jak jej to wyszło? Do tej pory nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, bo oto stoję przed potężnym wyzwaniem: ocenienie dzieła królowej mojego dzieciństwa.
 Newt jest bohaterem genialnie wykreowanym. Możecie mi wierzyć, dawno nie widziałam tak świetnej i naturalnej gry aktorskiej. Dziwność jego postaci wyrażała się w gestach, sposobie mówienia (a chłopak tak naprawdę wiele nie mówił!) i w tym jak się zachowywał. Eddie Redmayne odwalił kawał świetnej roboty. Sprawił, że zakochałam się w tym przeuroczym maniaku zwierząt! 
Jeżeli chodzi o inne postacie, bardzo polubiłam Queenie i nieczarodzieja (jak to w USA mówią!) Jacoba. Historia ich krótkiej miłości była naprawdę subtelna i słodka, poza tym uważam, że bez Jacoba to nie byłby ten sam film. Jest takim uosobieniem mnie czy ciebie – osoby, która wplątuje się w tą całą magię i przeżywa ją całym sercem, chociaż tak naprawdę nie ma z nią nic wspólnego. Do innych postaci nie poczułam jakiejś szczególnej sympatii.
Wydaje mi się, że główną zaletą „Fantastycznych zwierząt…” są efekty specjalne, a więc wszystko to, co odpowiada w filmie za magię. Byłam wniebowzięta, kiedy Newt robił obchód wśród adaptowanych przez siebie zwierząt. Same magiczne „potworki” były bardzo realistycznie wykreowane i wiele z nich wzbudziło we mnie pozytywne uczucia. Każdy z nas chciałby mieć chociaż jedno takie zwierzątko u siebie w domu!
Wielkim plusem filmu jest wykreowany przez panią Rowling magiczny Nowy Jork. Dowiadujemy się kilku ciekawych rzeczy o nieco surowym wychowywaniu czarodziei i porządku ustalanym przez Magiczny Kongres Stanów Zjednoczonych Ameryki. Tym samym film otwiera przed nami trochę mroczniejsze wrota potterowskiego uniwersum. To już nie jest film dla dzieci, jest trochę bardziej dojrzały niż HP. Plusem są też smaczki, które wzbogacają naszą potterowską wiedzę!
Jeżeli chodzi o samą akcje, początkowe wątki, które dotyczyły przygód Newta, Jacoba, Tiny i Queenie, bardzo mi się podobały, jednak w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać: ej, nie za długo to trochę trwa? Przecież nie starczy czasu na resztę fabuły, a w trailerze pokazywali jakąś mini wojnę! Przyznam szczerze, nie byłam zachwycona tą częścią filmu, która jej dotyczyła. Wątek pogoni Kongresu za obskurusem i cała akcja w tunelu, nijak przypadła mi do gustu i dla mnie jest sporym minusem. Na dodatek momenty, które miały wzbudzić we mnie niepewność, zdziwienie czy niepokój… nie uczyniły tego. Cały film oglądnęłam bez większych emocji towarzyszących kulminacyjnym momentom filmu. Jedyne uczucie, które w sobie miałam to radość, bo przecież oglądałam „fantastyczne zwierzęta” i... to by było na tyle. Zero wzruszeń, smucenia się, przerażenia, niepokoju. Na dodatek sam Grindewald, który był ważną postacią fabuły… Bardzo, ale to bardzo mnie zawiódł. Pomyśleć, że grał go sam Johnny Depp. Przeczytałam na jakiejś stronie ciekawe zdanie na jego temat: aktor stał się parodią samego siebie. Potwierdzam. 
Przyznam szczerze, miałam wielki problem zarówno z napisaniem tej recenzji, jak i wyrobieniem własnej opinii. Miałam straszliwy mętlik w głowie, kiedy próbowałam sklecić jakiekolwiek zdanie na temat oglądniętego filmu. Potrzebowałam rozmowy z kilkoma osobami, które widziały już „fantastyczne zwierzęta…”. Pomogło. Moja ocena wyrażona w cyfrach jest dosyć krytyczna, ale jednak uważam, że emocje podczas seansu i dobrze wyważone wątki w fabule filmu są ważne. Efekty specjalne i bohaterowie to duży plus, ale i tak mogę dać tylko…

 6/10

niedziela, 27 listopada 2016

[Recenzja filmu] Doktor Strange

Tytuł: Doktor Strange
Tytuł org.: Doctor Strange
Reżyseria: Scott Derrickson
Gatunek: Fantasy, przygodowe
Premiera: 26 października 2016 (Polska), 20 października 2016 (świat)
Czas trwania: 1 godz. i 55 min

Opis: Marvel Studios przedstawia film „Doktor Strange” opowiadający historię światowej sławy neurochirurga, dr Stephena Strange’a, którego życie odmienił tragiczny wypadek samochodowy, odbierając mu sprawność w rękach. Kiedy tradycyjna medycyna zawiodła, w poszukiwaniu uzdrowienia i nadziei, Strange trafia do tajemniczej samotni zwanej Kamar-Taj. Tam szybko orientuje się, że nie jest to jedynie ośrodek kuracyjny, ale przede wszystkim miejsce walki z niewidzialnymi, mrocznymi siłami dążącymi do zniszczenia naszej rzeczywistości. Wkrótce – uzbrojony w nowo nabytą magiczną moc – zmuszony będzie wybierać pomiędzy powrotem do dawnego życia w bogactwie i sławie, a próbą obrony świata jako najpotężniejszy czarodziej w historii.
[https://multikino.pl/pl/filmy/doktor-strange]

Wszyscy wiemy kto to jest Hulk, kapitan Ameryka czy Iron Man, a czy ktoś z nas wiedział, że istnieje taki superbohater jak doktor Strange? Postać, która nie walczy o dobro i pokój na świecie, a rozprawia się z siłami zła w zupełnie innej rzeczywistości, niewidocznej gołym okiem dla człowieka. Osoba, która nie jest owiana sławą jak Avengersi i prawdopodobnie nie będzie. Czy choć trochę im dorównuje?
Stephen Strange to znany neurochirurg. Dba tylko o własny byt i pieniądze, jest zadufany w sobie i pewnie niejeden z nas chciałby go na początku fabuły walnąć czymś ciężkim w łeb. Jego życie zmienia się w momencie, gdy ulega wypadkowi samochodowemu. Ma na tyle uszkodzone nerwy dłoni, że nie jest w stanie pełnić już roli chirurga. Stephen uparcie szuka rozwiązania. Po wielu nieudanych  próbach znalezienia lekarza, który przywróciłby go do dawnej świetności, natrafia na świątynię znajdującą się w Tybecie. Tyle, że ludzie, którzy tam zamieszkują nie chcą go wyleczyć, a… otworzyć jego umysł na inny świat, znajdujący się poza przestrzenią zwyczajnych ludzi. Tak oto doktor (byle nie mistrz!) Strange, zaczyna szkolenie. Już w niedługim czasie przyjdzie mu się zmierzyć z mrocznym Dormammu pochłaniającym światy.
Pierwszym co zachwyciło mnie w tym filmie były efekty specjalne. To dla nich głównie idzie się do kina na Doktora Strange'a. Chyba jeszcze nigdy wcześniej nie widziałam tak znakomitej gry efektów! Te zmieniające ułożenia miasta, lustrzane światy, skoki pomiędzy wyrwami w budynkach, rozpadające się na kawałeczki budowle i dynamiczne walki, świetlista magia, wybuchające kolory! To naprawdę robi niesamowite wrażenie! Jeżeli zaś chodzi o fabułę, jest już trochę gorzej. Nie zrozumcie mnie źle. Film dosyć mi się podobał, szczególnie na samym początku, kiedy to wszystko płynęło powoli i mogliśmy wdrożyć się z odpowiednią prędkością w dziejącą się akcję. Dopiero potem wszystko nagle… przyspieszyło. Aż za bardzo. Wyobraźcie sobie gościa, który nie chce już dłużej walczyć ze złem. Krzyczy i denerwuje się, czuje się oszukany. Nagle doktor Strange rzuca do niego jedno zdanie, a on bez słowa idzie walczyć z wrogami. Nie dyskutuje. Już dawno nie widziałam filmu, w którym akcja tak szybko pędzi do przodu! To odejmuje trochę klimatu, bo sceny robią się nagle mało logiczne w przejściach. Jak to bywa również w filmach o superbohaterach, było wiele zadziwiających momentów, na które ludzie wokół nie zwracali uwagi. Przykładowo: czy to nie dziwne, że w jednej z sal operacyjnych znajdujących się obok recepcji coś wybucha? Nie, gdzieżby znowu! To przecież szpitalna codzienność.


Podróż do kina w Głogowie na seans 3D, dobre towarzystwo, popcorn i nachosy!

Humor filmu. Myślicie, że mnie zadowolił? Nie, wręcz zawiódł. Wiele z żartów było po prostu niepotrzebnych i dziwnych. Na dodatek często pojawiały się w nieodpowiednich momentach, niszcząc nastrój fabuły. Na szczęście humoru nie było tam tak wiele, więcej mieliśmy akcji. Całe szczęście, bo przynajmniej oglądając ten film nie mogłam się nudzić!
Muzyka. Tu chyba nikogo nie zaskoczę, bo zazwyczaj soundtracki filmowe stoją na wysokim poziomie. Ja jednak nie zwracam uwagi na tło muzyczne, kiedy dzieje się prawdziwa akcja. Tu było zupełnie inaczej. Nie omieszkałam wyrazić swojego zachwytu nad oprawą dźwiękową!
Sami bohaterowie odwalili kawał świetnej roboty. Nie wyobrażam sobie nikogo innego w roli Strange’a jak Benedicta Cumberbatcha. Wystarczy spojrzeć na komiksową wersję tego superbohatera! Podobieństwo jest uderzające.  Bardzo podobała mi się również Tilda Swinton w roli Przedwiecznej. Do żadnego aktora nie mam zastrzeżeń, może to dlatego, że nie jestem mistrzem wyłapywania błędów aktorskich!  Jeżeli chodzi o ulubionych bohaterów, przywołuję tutaj… pelerynę. Tak, peleryna Strange’a będąca reliktem służącym w walce, ewidentnie niszczy system. Każdy z was chciałby mieć takiego przyjaciela!
Czy „Doktor Strange” jest wart obejrzenia? Jeżeli potrzebujesz się rozerwać przy niezłym filmie akcji i nie przeszkadzają ci nagłe i niewyjaśnione zwroty w fabule – dlaczego nie! Jeżeli dodasz do tego miłość do magii oraz alternatywnych, genialnie wykreowanych światów – tym bardziej! Mogę cię zapewnić, że klimat tego filmu jest niepowtarzalny, ale pamiętaj, że to jednak wciąż film o superbohaterze, czyli… wszystko działa według określonego schematu. Jeżeli jesteś fanem marvelowskiego uniwersum – koniecznie musisz oglądnąć „Doktora Strange’a”!

7/10

środa, 28 września 2016

[Recenzja książki] Winston Groom - "Forrest Gump"



Autor: Winston Groom
Przekład: Julita Wroniak
Tytuł: Forrest Gump
Gatunek: dramat, przygoda
Wydawnictwo: Prima
Rok: 2007
Liczba stron: 221
Opis: To opowieść o nas i o naszych powszednich marzeniach. Ciepła i zgryźliwa jednocześnie, niebywale śmieszna opowieść idioty. Na jej podstawie nakręcono film, który otrzymał sześć Oscarów.

Myślę i nie wiem, co mogłabym napisać o tej książce. Jedyne co ciśnie mi się na usta (a raczej na palce), to: „po prostu przeczytaj”. Moim zdaniem, są książki, o których nie trzeba mówić, można je po prostu pożyczyć, kupić albo zwyczajnie „zmusić oralnie” do zaznajomienia się z nimi.
Pierwszoosobowa narracja ma swoje wady i zalety. Z jednej strony pozwala nam lepiej poznać bohatera, który do nas „mówi”, a z drugiej odgradza automatycznie od mentalności pozostałych. Jednak w książce Grooma, pierwszoosobowa narracja jest do zbawienia koniecznie potrzebna!
Świat widziany oczami Forresta jest niejednoznaczny i kolorowy (nie brakuje w nim szarych odcieni, ale szary to też kolor, prawda?). Myślę, że barwy narracji mienią się dzięki (a może powinnam powiedzieć przez) chorobę Gump’a.
Forrest Gump to tak zwany Idiot Savant (dosł. uczony głupiec). Żeby zaoszczędzić Wam czasu i energii powiem, że jest to rzadki stan, gdy osoba niepełnosprawna intelektualnie jest wybitnym geniuszem, a przy tym ma doskonałą pamięć.
            I ten oto właśni Idiot Savant ukradł mi cały dzień. Mówiłam sobie: "odłóż, jutro dokończysz". Jednak i tym razem doświadczyłam literackiej niekonsekwencji.
"Chcę mi się siku" od tej pory zawsze będę traktować dwuznacznie (opowiedziałabym Wam dlaczego, ale Groom wyjaśnia to tak mądrze i zabawnie, więc po co ja, szary człowieczek, mam parafrazować słowa mistrza?). Jesteśmy bandą obsikanych mentalnie idiotów, którzy wreszcie chcą żeby potrzeby indywidualne przerosły  globalne. Musimy zamieszkać w fali i pozwolić, by to ona nas niosła (nawet, jeśli mamy wylądować z małpą wśród ludożerców). 
            Historia pełna humoru, wzruszeń, groteski. Z pozoru lekka i przyjemna, ale warto nad nią podumać. Nie oceniam filmu pod pryzmatem dzieła literackiego, bo rzadko to ma sens. Owszem, można pokusić się o ocenę, ale w takim wypadku należy spojrzeć na film jak na ekranizację i jak na osobne "dziecko" twórcy.
Było pięknie, ale nie zamierzam stosować "ulgi taryfowej"(sic!).
 Z czasem perypetie bohatera z nieprzewidywalnych, ale realnych, stały się przewidywalne i mało rzeczywiste. Chociaż może za mało przeżyłam żeby mówić o tym w ten sposób. Myślę, że "Forrest Gump" to książka dla tych, którzy czują, że są idiotami. Dla tych, którzy nie chcą się przyznać, że są idiotami. Dla tych, którzy są idiotami w oczach innych, ale o tym nie wiedzą, i dla tych którzy wiedzą, bo ktoś im ciągle o tym przypomina. Jednym słowem, książka dla wszystkich.
Polecam gorąco, chyba najgoręcej spośród tych wszystkich, które zdążyłam Wam polecić (chociaż chyba częściej odradzam).

                                              OCENA: 10/10

Strefa ulubionych cytatów:

„Ale wie pan - mówię mu - ja jestem idiota. Nic a nic nie znam się na polityce.
"- Więc bez trudu znajdzie pan wspólny język z innymi senatorami! - ucieszył się pan Claxton.”


„Życie jest jak pudełko czekoladek - nigdy nie wiesz, co ci się trafi.”