Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura kobieca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura kobieca. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 kwietnia 2017

Zniewolone podsumowanie MARCA!

Wiosnę czuć nie tylko zewnątrz, ale również na bloggerze! Możemy powitać ją z szerokim uśmiechem na twarzy i odgonić kurze ze wszystkich półek z książkami, w końcu początek świeżej pory roku to także chwila przeznaczona na wielkie sprzątanie. 
Kolejne konfy za nami! Największym ustaleniem minionego miesiąca było dla nas urozmaicenie podsumowań, ponieważ zgodnie uznałyśmy, że są one dosyć ubogie. Teraz, co miesiąc planujemy jakąś nową, ciekawą akcję :). Paula przejmie kącik zapowiedzi filmowych, będziemy również pisać o tym, na jakie premiery czekamy, dzielić się tym, co zakupiłyśmy, bądź co zamierzamy przeczytać w kolejnym miesiącu, czasem znajdzie się też miejsce na jakiś tag. Zapowiada się ciekawie i odświeżająco!
W miesiącu marcu uzyskałyśmy współpracę z aż trzema wydawnictwami, dlatego chciałybyśmy im podziękować za zaufanie! 

środa, 24 sierpnia 2016

#czytamcopolskie czyli 4 mini recenzje polskich książek!

Witajcie! Dzisiaj wszystkie Zniewolone Treścią łączą się w jednym poście po to, aby przekonać Was do czytania polskich książek! Każda z nas napisała krótką zachętę do zapoznania się z powieścią, która poruszyła nasze serca, a pochodzi z naszego ojczystego kraju. Tym samym chcemy Was zachęcić do tego, aby czytać polską literaturę! Bo uwierzcie, w książkowym przemyśle nie tylko dzieła zagraniczne są na wysoką skalę. Udowodnimy Wam to! Już dziś wyrzućcie z głowy wszystkie marne, polskie lektury! Bo przecież życie to nie tylko szkoła.
Udział w akcji zawdzięczamy Isabelle z bloga HeavyBooks. Cieszymy się, że możemy się przyczynić do rozpowszechnienia polskiej literatury. Przy okazji pozdrawiamy i gratulujemy pomysłu oraz włożonej w jego wykonanie pracy!

SadisticWriter


Agnieszka Grzelak - "Herbata szczęścia"
Zawsze wierzyłam w to, że gdzieś w Polsce, w bibliotece lub księgarni, kryje się właściwa książka napisana w moim rodowitym języku. Taka specjalnie dla mnie. Do tej pory wszystkie moje próby były nieudane, ale w końcu trafiłam na coś lekkiego, fantastycznego i… w moim guście. Mowa tutaj o „Herbacie szczęścia” od pani Agnieszki Grzelak. Zawsze się zastanawiałam, jak to w ogóle możliwe, stworzyć tak barwną opowieść! Chodzi mi o te wszystkie kolory, które wręcz wylewały się ze stron książki za sprawą opisów. To tęcza sama w sobie i nie chodzi mi tu tylko o okładkę, która jest wręcz genialna – to ona wraz z tytułem (uwielbiam herbatę!) zwróciły najpierw moją uwagę na targach książek we Wrocławiu. Wydaje mi się, że to malarskie hobby pani Grzelak uczyniło tę książkę kolorową.
      Pomysł był ciekawy, bo oto mamy Szklarkę z Wyspy Sierot (nie zna swojego prawdziwego imienia), która została wychowana na chłodną i bezuczuciową kobietę. Jak się jednak szybko okazało – każda bryła lodu może zostać roztopiona miłością. Szklarka ma za zadanie namalować na szkle... herbatę szczęścia, tylko jak ma to zrobić, skoro nigdzie nie można jej znaleźć, a jej istnienie to po prostu... legenda?
        Powieść ma w sobie nutkę tajemnicy, magii i dużą dozę miłości, która mnie poruszyła, może chwilami nie zaskakuje nieprzewidywalnością, ale czyta się ją naprawdę miło i szybko. Rzadko się zdarza, żeby któryś z bohaterów mnie nie irytował, a tu… wszystkich pokochałam. „Herbata szczęścia” rozpoczyna cykl o nazwie „Blask Coredo”. Czuję, że w moje rączki trafi niedługo druga część serii!  

Cleo M. Cullen


Jakub Żulczyk - "Zmorojewo"
Nie jestem fanką polskiej literatury. To możliwie wina szkolnych lektur, które odrobinę obrzydziły mi dzieła naszych najlepszych pisarzy. Mimo tego w tym roku postanowiłam się przełamać i dać szansę polskiej fantastyce. Trafiło na Jakuba Żulczyka i "Zmorojewo".
      Nie żałuję tej decyzji. Zostałam porwana przez świat, gdzie nasza rzeczywistość istnieje równocześnie z tą o wiele starszą, gdzie Zło jest prawdziwie złe i właśnie budzi się do życia na nowo. Wartka akcja, dobre i naturalne sceny - nawet te makabryczne - barwne postaci i emocje, które pojawiają się podczas lektury. Nie mogłam oderwać się od kolejnych stron i gdybym nie miała tyle na głowie, połknęłabym ją w trzy dni. Nawet Tytus, główny bohater, typowy nerd, zdobył moją sympatię, a jej zazwyczaj wiele dla postaci nie mam. Jeśli chcecie poczuć magię i oddech zła na karku, poznać pewną legendę, liczycie na ciekawy język i akcję, gorąco polecam! Pan Żulczyk mnie nie zawiódł, Was również nie powinien.

Franklin

„Pod mocnym aniołem” Jerzy Pilch
Tytuł większość(choć może się mylę) kojarzy dzięki adaptacji w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego. To jedna z tych książek, które chciałam poznać po wcześniejszym seansie filmowym. Uwielbiam filmy Smarzowskiego, więc kiedy dowiedziałam się o jego nowym dziele bardzo się ucieszyłam. Film zafrapował mnie na tyle, że postanowiłam sięgnąć po pierwowzór. Wiedziałam, że literackie dziecko Pilcha będzie znacznie różniło się od pociechy Smarzowskiego. To nie kwestia intuicji, tylko po prostu przeczucia, które zapewne nie kłębiłoby mi się w głowie, gdyby nie wcześniejsze chwile z dziełami Pana Wojciecha. I tak zaczęła się moja przygoda z Pilchem. Pierwsze co zauważyłam to, to że autor ceni formę, i że czasami substancja może wydawać się drugorzędna. Początkowo nawet uznałam to za wadę, bo jak kiedyś powiedział Szczepan Twardoch liczy się przede wszystkim historia! Nie mniej jak się później okazało pojawiła się również fabuła. Utwierdziłam się w przekonaniu, że film to połączenie potencjału obu twórców. Głównym bohaterem jest Jerzy(alter ego Pilcha). Jak się zapewne domyślacie, albo już wiecie, miał on problemy z alkoholem. Wiemy, że był człowiekiem inteligentnym, oczytanym, nie narzekał na powodzenie u kobiet… Wiemy, co czuł, gdy pił i czego nie czuł, gdy był trzeźwy. Absurdalny realizm, może to paradoksalne stwierdzenie, ale właśnie tak określiłabym twórczość Pilcha. Przewrotność, humor i prawda ujawniona w nieoczywisty sposób. Sam Pilch również był alkoholikiem, stąd tak pięknie oddany realizm duszy chorego.  „Pod mocnym aniołem” to nazwa knajpy, do której Jerzy udawał się tuż po odwyku. Jednak moim zdaniem jest także drugie dno tego tytułu, którego może się domyślacie. (jeśli nie, tym bardziej zapraszam). Uważam, że warto sięgnąć nie tylko po tę książkę, ale w ogóle po twórczość tego autora. Szczególnie polecam fanom Kundery. Forma jako piękno samo w sobie i substancja jako dodatek, który cieszy równie mocno. 


Paula


JAK POWIETRZE – Agata Czykierda-Grabowska

„Cudze chwalicie, swego nie znacie!”- powiedzenie jakże trafne, jeśli chodzi o polską literaturę. Mimo przeświadczenia o cudowności zagranicznych dzieł, warto pochwalić nasze, polskie. Agata Czykierda-Grabowska stworzyła historię może i banalną, ale wyjątkową zarazem. Ukazała polskie realia, osadzając akcję książki w Warszawie. Następuje zderzenie dwóch światów – dwie pokrzywdzone przez los osoby, jedna miłość. Ona z dobrego, bogatego domu, tkwi w toksycznym związku. On z Warszawskiej Pragi, z patologicznej rodziny, utrzymuje swoje rodzeństwo.  Jedne wydarzenia sprawiło, że dwa skrajne światy się połączyły, tworząc coś pięknego. Czyta się ją przyjemnie, trzyma w napięciu. Pomimo przeciwności, młodzi potrafią się zjednać. Wielokrotnie pokazują, że miłość przezwycięża wszystko. Idealna powieść dla tych młodszych jak i starszych.  Uczy i ukazuje oblicza prawdziwej miłości. Idealna na każdą pogodę i porę roku. Po prostu nie możesz przejść obok niej obojętnie. PAMIĘTAJ: Nasze nie znaczy gorsze! Polecam.

czwartek, 4 sierpnia 2016

[Recenzja książki] Cathy Kelly - "Nie wszystko stracone"

Autor: Cathy Kelly
Tłumacz: Alina Siewior-Kuś
Tytuł: Nie wszystko stracone
Tytuł oryg.: The Honey Queen
Gatunek: Literatura obyczajowa
Wydawnictwo: Sonia Draga
Ilość stron: 456

Opis:
Nietrudno zakochać się w ślicznym irlandzkim miasteczku Redstone. Leżące na przedmieściach tętni życiem, mieszkańcy przyjaźnie witają się ze sobą i przystają na pogawędkę, w sklepach i kawiarniach panuje gwar. W tej sielankowej atmosferze Frankie i Peggy zmagają się z mniej lub bardziej codziennymi problemami.
Frankie, dzięki niespożytej energii wydaje się radzić sobie ze wszystkim, wliczając w to męża bez pracy i galopującą menopauzę.
Peggy, po latach przeprowadzek w poszukiwaniu idealnego miejsca do życia, u progu trzydziestki, otwiera własną pasmanterię na głównej ulicy miasteczka. W ten sposób spełniają się jej marzenia, mimo tego Peggy czuje się zagubiona. Wychowana w Australii Lillie powraca po latach do Redstone, ale to, co wydawało jej się zwieńczeniem pewnej drogi, w rzeczywistości jest dopiero początkiem. Już wkrótce będzie musiała wykorzystać całą swą życiową mądrość, by wesprzeć nowych przyjaciół.

Większość ludzi ma plan na to, jak poukładać swoje życie. Jedni poświęcają się pracy, drudzy zaś rodzinie. Obecne czasy pokazują nam, że nie jesteśmy w stanie wszystkiego przewidzieć. Nawet najlepszy plan na życie, może ulec pokrzyżowaniu. Sprawcą tego zamieszania jest los.
O przebiegłości losu, mogły się przekonać bohaterki książki Cathy Kelly – autorki literatury kobiecej, wyróżniającej się przede wszystkim dobrym podejściem do czytelnika. Muszę przyznać, iż była to moja pierwsza pozycja od Cathy Kelly. Mogę powiedzieć jedno….  nie pożałowałam, sięgając po nią.  Wszystko za sprawą nieocenionych promocji w księgarni, jak również bardzo zachęcający opis na końcu książki oraz okładka.
Bohaterkami powieści są kobiety w różnym przedziale wiekowym – Frankie, Peggy oraz Lillie. Żadnej z nich los nie rozpieszczał. Wszystkie bohaterki połączyło w pewnym sensie miasteczko Redstone. To właśnie tutaj postanowiły zacząć wszystko od nowa. Lillie dorastała w Australii, była adoptowana, ponieważ jej biologiczna matka nie dawała sobie rady z wychowywaniem dzieci. Pewnego dnia przeczytała list, który wywrócił jej życie do góry nogami. Z niego dowiedziała się o swojej biologicznej matce oraz że ma brata bliźniaka. Wiadomość zawierała zaproszenie do domu Setha – jej brata. Bardzo długo myślała czy przyjąć zaproszenie, zważywszy na okoliczności, które wydawać by się mogły utrudnieniem. Ostatecznie zdecydowała się wyjechać. Na miejscu okazało się, że nie tylko ona potrzebuje wsparcia, ale ktoś drugi tego wsparcia oczekuje od niej…
Wspomniana wcześniej Frankie, żona Setha, boryka się z problemami w małżeństwie. Jej dzieci wyjechały za granicę w poszukiwaniu drugiego domu oraz pracy. Razem z mężem postanowili się przeprowadzić. Zakup domu, który wymagał remontu i nieoczekiwana utrata pracy przez Setha rzutują na ich relacje. Głowy pełne pomysłów na remont mieszkania zostają wyparte poprzez problemy, które na nich spadają. Czy Frankie zdoła przezwyciężyć problemy, pokonać obawy o przyszłość oraz czy będzie w stanie znieść charakter męża, który zmienił się wraz z utratą pracy? 
Ostatnią bohaterką jest Peggy, najmłodszą z kobiet. Mieszkając z ojcem tyranem, doświadczała przemocy fizycznej jak i psychicznej. Chcąc uwolnić się od destrukcyjnego życia, postanawia przeprowadzić się tym razem do Redstone. Wiele razy zmieniała miejsce zamieszkania, jej hobby to robótki ręczne. Na swojej drodze spotkała niewłaściwego faceta. Po spędzonej z nim nocy, nie była świadoma, co ją będzie czekało w niedalekiej przyszłości….
Według mnie, autorka stworzyła przepiękne historie kobiet. Każdej z osobna przypisała wartości, którymi powinniśmy się w swoim życiu kierować. Problemy z jakimi przyszło się im zmierzyć, mogą spotkać każdego z nas.
Podsumowując. Bardzo wysoko oceniam tę książkę. Czyta się ją dość szybko, jest napisana łatwym językiem. Z początku wydawała mi się dość chaotyczna, ze względu na ilość postaci w niej występujących. Z czasem okazało się, że taki chaos był uzasadniony.  Zresztą autorka słynie z mistrzowskiego budowania opowieści. Książkę polecam każdemu, historie przedstawione są bardzo realne. Opowieści przeplata humor, dzięki temu książka nabrała jeszcze fajniejszego charakteru. Jestem w stanie zaryzykować bardzo wysoką oceną.


Ocena: 9/10

Strefa dobrych cytatów:

„Przypuszczalnie łatwiej byłoby się nauczyć, jak wyciąć komuś wyrostek robaczkowy nożem do ryb i chochlą do zupy, niż ustalić najskuteczniejsze środki na menopauzę”

poniedziałek, 11 lipca 2016

[Recenzja książki i filmu] Jojo Moyes - „Zanim się pojawiłeś”



Autor:
 Jojo Moyes
Tłumacz: Dominika Cieśla-Szymańska
Tytuł:  „Zanim się pojawiłeś”
Tytuł oryginału: 
 „Me Before You”
Gatunek:
 Literatura obyczajowa, romans
Rok wydania: 2016 [wyd. 2]
Wydawnictwo: Świat książki
Ilość stron: 381 

    Co robisz, jeśli chcesz uszczęśliwić osobę, którą kochasz, ale wiesz, że to złamie twoje serce?
 Jest wiele rzeczy, które wie ekscentryczna dwudziestosześciolatka Lou Clark. Wie, ile kroków dzieli przystanek autobusowy od jej domu. Wie, że lubi pracować w kawiarni Bułka z Masłem i że chyba nie kocha swojego chłopaka Patricka/ Lou nie wie jednak, że za chwilę straci pracę i zostanie opiekunką młodego, bogatego bankiera, którego losy całkowicie zmieniły się na skutek tragicznego zdarzenia sprzed dwóch lat.
     Will Traynor wie, że wypadek motocyklowy odebrał mu chęć do życia. Wszystko wydaje mu się teraz błahe i pozbawione kolorów. Wie też, w jaki sposób to przerwać. Nie ma jednak pojęcia, że znajomość z Lou wywróci jego życie do góry nogami i odmieni ich oboje na zawsze. 

W świecie, gdzie kreuje się ideały, gdzie literatura - wydawać by się mogło - niczym już chyba nie zaskoczy, a oryginalnych tekstów prawie że brak, przychodzi czas, kiedy chce się sięgnąć po coś realistycznego. Po książkę, która zawiera w sobie treść przypominającą twoje życie. Taka ludzka książka, gdzie problemy rodzinne czy też zawodowe są na porządku dziennym, nie stanowią fenomenu, a chwile słabości są czymś normalnym. To właśnie oferuje "Zanim się pojawiłeś". Dlaczego tak twierdzę? Czytajcie dalej.    
    Trudno jest mi trafić na bohatera, który choć przez moment nie wywołałby u mnie irytacji. Pewnie to zasługa mojego dość sarkastycznego podejścia i specyficznego poczucia humoru oraz nielubienia wywyższających się postaci. Ale tym razem nie było źle. Oczywiście nie do każdej postaci stworzonej przez panią Moyes żywię sympatię, ale gdybym miała lubić każdego z bohaterów, chyba byłoby za nudno, czyż nie?
     Lou to dorosła kobieta, odrobinę starsza ode mnie, którą momentami odbierałam jako nastolatkę, bo takie miała myślenie. Nie do końca wie, na czym polega dorosłe życie, ale właściwie dobrze ją rozumiem, bo sama mam z tym problem. Panna Clark jest osobą, która może irytować swoją nieporadnością, ale czy po nagłej stracie wieloletniej pracy ktoś z nas nie czułby się zagubiony? Chętnie poznam taką osobę. Poza tym Louisa jest postacią, którą da się lubić i za to autorce dziękuję. Nie jest żadną bohaterką czy silną osobowością. Jest dziewczyną, którą można spotkać na ulicy i zwrócić na nią uwagę jedynie przez kolorowe ubrania, które ma na sobie. Zwyczajna, mająca problemy, chwile radości, ale też i gniewu. Jest normalna, ludzka. Poza tym skrywa tajemnicę, którą chce się poznać, choć nie okazuje się ona bardzo zaskakująca. Dlatego z wielką przyjemnością weszłam do jej świata i poznałam jej historię.
     Postać Willa może wydawać się odrobinę przesadzona; któż to widział tak zgorzkniałego młodego mężczyznę? No cóż, jego życie potoczyło się tak, że jedyną bronią przeciwko reszcie świata jest chłód, sarkazm i złośliwość. Niepogodzony ze swoim losem wyżywa się na najbliższych. Początkowo można powiedzieć, że przesadza, ale czy na pewno? Nie jestem w jego sytuacji, nie wiem, jak bym reagowała, nawet trudno jest mi to sobie wyobrazić. Niemniej polubiłam Williama za sarkazm, to, że dał szansę ludziom wokół siebie i za jedną ważną - o ile nie najważniejszą w całej powieści - rzecz: pozostał wierny sobie i nie zmienił swojej decyzji. Wymyślił sobie swoją przyszłość i tego planu się trzymał. Brawa za samodyscyplinę.
      Pozostali bohaterowie stworzeni przez panią Moyes także zasługują na uwagę. Warto wspomnieć o Nathanie, pielęgniarzu, który zajmuje się Willem. Jest to mężczyzny pełen radości, uśmiechnięty, ale też i silny, zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. Poza troską typowego fizjoterapeuty stara się także wspierać swoją obecnością, rozśmieszać. Był przyjacielem, którego Traynor potrzebował. Cieszę się, że mogłam go poznać.
     Ciekawie zostało także ukazane zderzenie dwóch rodziny całkowicie od siebie różnych: rodzina Lou to typowi przedstawiciele klasy średniej, rodzice Willa to wyższa strefa, gdzie znajomości, przyjęcia i pieniądze stanowią codzienność. Dwa różne światy, jeżeli chodzi o ukazywanie czułości i miłości oraz wsparcia. Do tego jego siostra, Georgina, która zachowuje się tak, jakby wypadek Willa był zaplanowany. Niepogodzona z tym, że straciła uwagę rodziców, zachowuję się nieodpowiednio, niczym rozkapryszone dziecko. Dobrze, że nie było jej za wiele, bo chyba chwyciłabym za długopis i wbiła w dłoń tej kobiety.
      Jest jeszcze Patrick, wieloletni chłopak Lou, maniak sportowy, biegacz. Przez wiele, wiele stron zastanawiałam się, dlaczego ona z nim jest, po czym stwierdziłam, że miłość naprawdę bywa ślepa. Bo Lou i Patricka nie łączy wiele. Ona nie lubi biegać, nawet jazda na rowerze to dla niej tortury, a on wybiera się do Norwegii na Bieg Wikingów. Też kręcicie głową, gdy to czytacie? No właśnie.
    Ale to dobrze, że występuje zróżnicowanie postaci. Gdyby wszyscy byli czyści niczym łza, pozbawieni problemów i wad, chyba odłożyłabym książkę po pierwszym rozdziale. Nie chodzi o to, by tworzyć idealny świat, ale taki, w którym człowiek odnajdzie cień siebie i poczuje, że nie jest sam. Pani Moyes się to udało.
      Czy przy całym swoim zachwycie nad dobrą obyczajową powieścią jest coś, co nie przypadło mi do gustu? Ano jest. Nagłe przejście z narracji pierwszoplanowej na trzecią, oddanie pałeczki Camilli, Nathanowi i Treenie, siostrze głównej bohaterki. Dlaczego zbiło mnie to z tropu? Bo występuje po ponad stu stronach, a następnie w połowie książki. Jak dla mnie trochę dziwnie. Rozumiem to, że co jeden rozdział może zmieniać się narracja - sama stosuję podobny zabieg w swoim opowiadaniu - ale wkładać takie coś, kiedy przywykło się do jednej perspektywy? Nadal, mimo że minęło trochę czasu od lektury, zastanawiam się, po co to było.
     Styl i język powieści powinny przemówić do każdego. Bez patosu, który by denerwował, bez zbędnych kolokwializmów. Prosto, jasno. Pojawiająca się miejscami terminologia medyczna może kogoś razić, ale wszelkie „nowości” są wyjaśnione i niekoniecznie w didaskaliach, do czego czytelnik jest przyzwyczajony, ale w kwestiach bohaterów, którzy wiedzą, z czym to się je. Bo życie czasami wymaga od nas przyswojenia wiedzy, której nie pragnęlibyśmy, gdyby nie pewne wydarzenia. Poza tym mogłabym się czepiać miejscami złego zapisu dialogów i literówki - zwłaszcza że jest to drugie polskie wydanie tej książki - ale wiem, że człowiek popełnia błędy, może coś przeoczyć. Nie są to błędy rażące, więc wybaczam korekcie. Wystarczy, że w powieści jest sarkazm i humory, który mnie bawi, a jestem w stanie przymrużyć oko na wiele spraw.
     
     Podsumowując: TAK! Poddałam się temu szaleństwu i nie żałuję. „Zanim się pojawiłeś” to nie tylko historia o miłości. Jako rzecze People, jest to powieść "zabawna, zaskakująca i rozdzierająca serce. Powieść, która pokazuje cudowną złożoność miłości." Moim zdaniem przede wszystkim pokazuje, że przy całej swojej wiedzy nie jesteśmy w stanie wiedzieć, co jest najlepsze dla danej osoby, bo po prostu nią nie jesteśmy. Czasami radości nie sprawią wyścigi konne, a zupełnie coś innego. Coś, co nam może się wydawać największym złem, będzie największym dobrem dla tego, kto złamie nam serce.

     Ocena: 8/10

Kilka słów na temat ekranizacji

     Reżyseria: Thea Sharrock
     Scenariusz: Jojo Moyes
     Premiera: 3 czerwca 2016 r.
     Obsada: Emilia Clarke, Sam Claflin, Matthew Lewis i inni.

     Zacznę od uwag. Wiedząc, że za scenariusz odpowiedzialna jest autorka książki, można odetchnąć z ulgą, przecież niewiele zniszczy. Ale za to pozwoli sobie opuścić lub przeinaczyć kilka wątków, co bystry czytelnik siedzący na sali kinowej (bądź oglądający w domu na laptopie) zdoła wyłapać. Moje spostrzeżenia:
     1. Will nie miał 31 lat. Miał ich 35, co jest zaznaczone wyraźne w powieści.
     2. Obcięcie włosów to także zasługa Louisy, nie jakiegoś dżina w środku nocy.
     3. Nie powinno być trzech pocałunków. No i gdzie się podziało "kocham cię"?
    4. Nie przyjmuję wersji "osowych" (napisy filmu) czy też "trzmielowych" (zwiastun) rajstop. One były pszczółkowe i basta!
    5. Gdzie scena z zakładem? To była jedna z lepszych scen w książce! Poza tym labirynt też był ciekawym wątkiem. Choć przewidywalnym.
    i 6, dla mnie najważniejsze. Jak można było nie stworzyć postaci Georginy? To o siostrze głównego męskiego bohatera można ot tak zapomnieć?! Nie ogarniam.

     Poza powyższym mogę jedynie rzecz, że wykonano kawał dobrej roboty. Emilia i jej brwi czasami przesadzały, ale na to można przymknąć oko. Piękne krajobrazy, w soundtracku nie da się nie zakochać, bo jest świetnie dobrany. To napięcie, które da się wyczuć z ekranu w odpowiednich momentach - tak, lubię to!
     Także wspólne momenty Willa i Patricka zostały przedstawione wręcz tak, jak widziałam je w głowie. To nie gra słów, ale mimika nadawała tej magii, rozbawiała tak, że cała sala (jakieś pięćdziesiąt osób, pewnie mniej) wybuchała wspólnym gromkim śmiechem. Takie sceny także uwielbiam.
     Ale najbardziej lubię Sama. Cała moja sympatia, jaką miałam, z jaką obejrzałam osiem filmów (do tej pory zagrał w osiemnastu filmach bądź mini-serialach), przepadła na rzecz miłości, która wstąpiła w me serce niczym pewna dama do nieba. Zakochałam się i wątpię, by coś miało to zmienić. 
     Ocena: 7/10

Strefa dobrych cytatów

     „- Mamo, jestem tutaj. Nie musisz mówić nad moją głową. Mózgu jeszcze mi nie sparaliżowało.”

     „- Dlaczego do diabła próbujesz przemycić marchewkę na mój widelec?      Zerknęłam na talerz. [...]     - Co? Nic takiego nie robię.
     - Ależ robisz. Rozgniotłaś ją i próbowałaś schować pod sosem. Widziałem.”

   „- Co jeszcze przemycałaś mi w jedzeniu? Będziesz mi mówić, że mam otworzyć tunel, żeby lokomotywa mogła zawieźć rozgotowaną brukselkę do cholernej następnej stacji?
     Zastanowiłam się przez chwilę.
    - Nie - odrzekłam bez mrugnięcia okiem. - Ja mam tylko Pana Widelca. Pan Widelec nie wygląda jak pociąg.”

      „- Nowa koszula. Bardzo ci przeszkadza?
     - Nie. Wspominam o tym tylko dla zabawy.
     - Czy mamy w torbie jakieś nożyczki?
     - Nie wiem, Clark. Wierz albo nie, ale rzadko sam ją pakuję.”

      „- Mama mówi, że on jest naprawdę miły.
     - Bo jest.
     - I przystojny.
     - Uszkodzenie kręgosłupa nie znaczy, że człowiek zamienia się w Quasimodo.”

       „Po prostu żyj dobrze. Po prostu żyj.”

     
     Za egzemplarz dziękuję sobie.