Pokazywanie postów oznaczonych etykietą New Adult. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą New Adult. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 sierpnia 2018

[Recenzja książki] Jessica Sorensen - "Spełnione marzenia: Ella i Micha"


Autor: Jessica Sorensen
Tłumacz: Ewa Helińska
Tytuł: Spełnione marzenia, Ella i Micha
Tytuł oryg.: The Ever Afrer of Ella and Micha
Cykl: The Secret
Tom: 4
Gatunek: New Adult
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 310

Opis: Dzień, na który czekała Ella jest tuż, tuż. Poślubi Michę, miłość jej życia i światło, które ją wyprowadziło z mroku. Lecz nagle pojawia się niespodziewana przesyłka, przypominając brutalnie o przeszłości Elli. Dziewczyna traci pewność, z którą spoglądała w przyszłość. Czy rzeczywiście „będą żyli długo i szczęśliwie”, skoro nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziała?
Micha będzie stał u boku Elli bez względu na to, co dzieje się w jej głowie, choć przepełnia go strach, że narzeczona znów mu ucieknie. Gdy otrzymuje życiową szansę, by ruszyć w trzymiesięczną trasę koncertową ze swoimi ulubionymi zespołami, wie że nie może zostawić Elli samej. Ale czy będzie w stanie poprosić ją, by rzuciła całe swoje życie i dołączyła do niego…

Trudno jest dobrać słowa, które właściwie opisałyby historię Elli i Michy. Nie wystarczy mieć jej przed oczami – trzeba ją przede wszystkim poczuć całym sobą. Chwile zwątpienia, radości i smutku, rzewne łzy i nadzieja na lepszą przyszłość, a to wszystko w otoczce bezgranicznej miłości, która drogą ołtarza prowadzi prosto do… spełnienia marzeń.
Muszę przyznać, że po przeczytaniu pierwszej części dotyczącej przygód Elli i Michy, stwierdziłam, że nie chcę do nich wracać. Pierwszy tom po prostu mi się nie spodobał, ale może to kwestia tego, że dopiero wdrażałam się w specyficzną twórczość Jessici Sorensen, którą wraz z serią o Callie i Kaydenie pokochałam. I tak oto trzymałam się tego mocnego postanowienia, ignorując drugi tom, trzeci tom, aż nagle… w moje ręce wpadł tom czwarty. Pewnie niektórzy sobie pomyślą: jak możesz w ogóle recenzować książkę bez znajomości poprzednich tomów? Na szczęście Spełnione marzenia można czytać jako odrębną historię i znajomość poprzednich części nie jest konieczna. Lubię ten aspekt twórczości Jessici Sorensen. Autorka potrafi jednocześnie stworzyć coś, co jest zgrabną kontynuacją, jak i osobną książką. Kiedy czegoś nie wiemy bądź o tym nie pamiętamy, przypomina nam o tym, zawierając pewne wskazówki w treści. To dzięki temu moja podróż przez historię Elli i Michy była udana. Trochę żałuję, że ominęły mnie poprzednie tomy, bo przecież mogły być tak samo ciekawe jak ten, możecie mi jednak wierzyć – nadrobię to!

niedziela, 20 maja 2018

[Recenzja książki] Jessica Sorensen - "Niepewność Violet i Luke'a"

Autor: Jessica Sorensen
Tłumaczenie: Ewa Helińska
Tytuł: Niepewność Violet i Luke’a
Tytuł oryg.: The Certainty of Violet and Luke
Cykl: The Coincidence
Tom: 5
Gatunek: literatura młodzieżowa, New Adult
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data premiery: 14.05.2018 r.
Ilość stron: 268

Opis: Życie Violet Hayes to katastrofa, ma wrażenie, że zaraz straci kontrolę nad sobą. Niespodziewane informacje spadają na nią jak grom z jasnego nieba i okazują się ostatnią kroplą, która przelewa czarę. W rezultacie Violet robi coś, przez co prawie traci życie. Całe szczęście, próba kończy się fiaskiem. Obiecuje sobie, że odtąd jej rzeczywistość będzie wyglądała inaczej. Próbuje więc dowiedzieć się, co tak naprawdę czuje do Luke'a Price, jedynej osoby, która zawsze oferowała jej pomoc…
Ale Luke to alkoholik i hazardzista, który dopiero zaczyna zdrowieć i sam musi zmagać się ze swoimi demonami. Zakochał się w Violet, lecz boi się jej to powiedzieć, bo może ją tym wystraszyć, albo co gorsze, odkryć, że ona nie odwzajemnia jego uczuć, tym bardziej, że na jej życiu nadal mrocznym cieniem kładzie się chłopak z jej przeszłości…

Znacie osoby, które zawsze najgłośniej krzyczą: „Nienawidzę romansów”? Tak, jestem właśnie jedną z tych osób i przyznaję się bez bicia, że nie za bardzo za nimi przepadam, choć jednocześnie mam świadomość tego, że od miłości w książkach tak naprawdę trudno uciec. Wydaje mi się, że New Adult ma w sobie coś zgoła innego, niż reszta romantycznych powieści. Bo przecież romanse niekoniecznie opowiadają o młodych dorosłych, którzy przeżywają wszelakiej maści dramaty – czy to rodzinne, czy miłosne, czy osobiste. Romanse nie zawsze kipią emocjami. To może właśnie dlatego zaczęłam się przekonywać do tego gatunku. A to głównie za sprawą jednej ze znanych autorek działających w tej tematyce – Jessice Sorensen. Oto piąty tom serii Coincidence, a trzeci tom opowiadający o Violet i Luke’u. Czy coś się zmieniło od czasu mojej ostatniej opinii? Myślę, że dużo.
Na wstępie muszę wyrazić zachwyt nad tym, że choć czytałam dwie poprzednie części ponad rok temu i bałam się, że nie będę totalnie nic pamiętać, to autorka zadbała o to, aby poprzypominać nam niektóre wątki, i Bogu jej za to dzięki! Wystarczyło kilka słów wstępu, żebym przypomniała sobie całą historię Violet i Luke’a. Lubię, kiedy autorzy myślą o swoich czytelnikach, a niektórym zdarza się niestety w kolejnych tomach jechać z grubej rury, przez co jesteśmy zmuszeni wrócić się do tego, co już przeczytaliśmy.

niedziela, 2 lipca 2017

[Recenzja książek] Jessica Sorensen - "Przeznaczenie Violet i Luke'a" + "Przyszłość Violet i Luke'a"

Autor: Jessica Sorensen
Tłumacz: Ewa Helińska
Tytuł: Przeznaczenie Violet i Luke’a
Tytuł oryg.: The Destiny of Violet and Luke
Tom: 3
Cykl: The Coincidence
Gatunek: New Adult, romans
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 31 październik 2016 r.
Ilość stron: 368 stron

Opis: Życie Luke'a Price’a od zawsze zależało od porządku, kontroli i twardego stawiania czoła światu. Nic nieznaczące związki z kobietami były dla niego rozrywką - sposobem na wyciszenie chorych wspomnień z dzieciństwa. Luke rozpaczliwe pragnie zapomnieć o przeszłości, ale – nieważne, co zrobi - ona i tak będzie go prześladować.
Los nie sprzyjał Violet Hayes. Już jako dziecko została sama na świecie, bez żadnej rodziny. Towarzyszyły jej jedynie wspomnienia o niewyjaśnionym morderstwie rodziców. Dorastała w domach zastępczych, żyjąc pod opieką nieodpowiedzialnych przybranych rodziców, w otoczeniu narkotyków. Nikt o nią nie dbał, gdy próbowała zwalczyć bolesne wspomnienia o nocy, w której odebrano jej rodziców. Ale niepamięć przychodzi z trudem, kiedy nie można zamknąć za sobą niektórych drzwi, a ona nie mogła przestać śnić o tym, co przydarzyło się tamtego tragicznego dnia. Aby poradzić sobie z życiem, dystansuje się do wszystkich wokół i nigdy nie pozwala sobie na uczucia.

Chyba każdy z nas zdaje sobie sprawę z tego, że New Adult to gatunek książek, który nie jest zbyt wymagający dla umysłu. Bardzo często powiela schematy i czasem może nas nudzić swoją sztampowością. Dlaczego młodzież sięga po takie książki i na dodatek czerpie z ich czytania satysfakcję? Co w nich takiego jest, że tak łatwo z nimi nie zrywamy, pomimo nadmiernej prostoty, a nieraz i zbyt wielkiego dramatyzmu? Myślę, że to kwestia przede wszystkim uczuć i emocji, które wylewają się ze stronnic takich właśnie powieści – jeżeli istnieją i dogłębnie poruszają człowieka, nawet mało oryginalna fabuła potrafi zejść na drugi plan. W końcu w czytaniu chodzi o to, co się odczuwa, nie o to, co się po prostu za sprawą lektury widzi, prawda?

środa, 30 listopada 2016

[Recenzja książki] Abbi Glines - "Przypadkowe szczęście"


Autor: Abbi Glines
Tłumaczenie: Agata Żbikowska
Tytuł: Przypadkowe szczęście
Tytuł oryg.: Twisted Perfection
Seria: Rosemary Beach, Perfection
Tom: 1
Wydawnictwo: Pascal
Gatunek: literatura współczesna, New Adult
Rok wydania: 2014
Ilość stron: 320
   
Opis: Życie poza domem jest dla Delli Sloane nowym doświadczeniem. Mroczne sekrety jej przeszłości nie były czymś, czym miała ochotę się dzielić z kimkolwiek. Nigdy by nie zrozumieli. Woods Kerrington nigdy nie był tym, którego przyciągały słabe kobiety. Wydawało mu się, że z nimi trzeba obchodzić się jak z jajkiem. A jemu nie chodziło o zaangażowanie, tylko o przyjemność. Noce pełne niegrzecznych zabaw to dokładnie to, co chciał, kiedy lustrował wzrokiem każdą gorącą laskę jaką spotkał na swojej drodze. To, z czego nie zdawał sobie sprawy to to, że ona była krucha od pierwszego spotkania. Beztroska dziewczyna, która nie przejmuje się tym, co świat o niej myśli, była bardziej krucha niż mógłby sobie kiedykolwiek wyobrazić…
                                                                   (źródło opisu: bookgeek.pl)

  Miłość potrafi przyjść niespodziewanie i w postaci kogoś, kogo na pierwszy rzut oka nie podejrzewalibyśmy o to, że może stać się obiektem naszych najgłębszych uczuć. Miłość jest niby prosta, a tak wiele komplikuje. Co się stanie, jeśli pokocha się kogoś, kogo poznało się właściwie przypadkowo, a znajomość zaczęła się od przygodnego seksu? Czyjeś życie z pewnością wywróci się do góry nogami.
     Chciałabym móc powiedzieć, że poczułam się zaciekawiona pierwszymi zdaniami
i wydarzeniami książki, ale byłoby to wierutne kłamstwo. Prawdę mówiąc, po szesnastej stronie zatrzasnęłam ją z głośnym westchnięciem kogoś, kto już wie, że pewnie będzie się męczył podczas dalszej lektury. Nie potrafiłam wczuć się w głównych bohaterów – za to oni wczuli się w siebie – dodatkowo płytkie dialogi skutecznie mnie zniechęciły. Nie jestem jednak osobą, która potrafi porzucić książkę na wieki wieków, dlatego po wzięciu głębszego wdechu i chwili na zregenerowanie serca, powróciłam do tego literackiego dzieła.
     Nie mogę napisać, że powieść zyskała moją sympatię i aprobatę. Po przeczytaniu opisu chciałam dać szansę Abbi Glines i na własnej skórze przekonać się, że nie jest to namiastka Pięćdziesięciu twarzy Greya. I choć Della, główna bohaterka, nie ma życia podobnego do Any, dla mnie jest do niej bardzo podobna i to wywołuje u mnie westchnięcie. Postać ze swoją przeszłością miała potencjał na naprawdę dobre i dość głębokie pod względem psychologicznym sceny, ale niewiele z tego wyszło. Poza tym cholernie (przepraszam za słowo, ale ono najczęściej oddaje moje negatywne uczucia) denerwujące było to niezdecydowanie co do uczuć dla Woodsa. Z jednej strony Della twierdziła, że jest jej przyjacielem, z drugiej, że przecież się nie znają i łączy ich tylko seks. No kurde no! Strasznie mnie tym irytowała, na tym polu pan Kerrington wypadał lepiej – po pierwszej fazie, kiedy to ewidentnie zależało mu na jej ciele (a dokładnie na "ciasnej cipce"), do tego pragnienia doszła także chęć poznania jej i bycia przy niej, z nią, w związku. On też mnie denerwował, zwłaszcza swoją zaborczością, ale cóż – polubiłam go nieco bardziej niż Dellę Sloane, choć to ona mogła być gwiazdą tej historii. Wood był arogancki i często myślał nie tym organem, co trzeba, ale jakoś umiał się ukierunkować, jego głowy nie zaprzątały myśli "co by było, gdybym zechciał inaczej".
      Myślałam, że nie będzie tu akcji niczym z Pięćdziesięciu twarzy Greya, jak widać w powyższym akapicie, jest ona, ale tak właściwie to jest znacznie gorzej. Nie ma tu jedynie podobnych postaci - wspomnę, że pojawiają się prawie że identyczne dialogi jak w powyższym dziele. Do tego dochodzi też klimat niczym ze Zmierzchu. Myślałam, że powieść czymś się wyróżni, ale nie. Nawet wśród drugoplanowych postaci nie ma kogoś naprawdę ciekawego, choć dwoje bohaterów próbowało się wyłamać z tego schematu. Więzi międzyludzkie nie są dość silne ani interesujące, bym jakikolwiek wątek obserwowała z bijącym sercem i wstrzymanym oddechem. A przechodzenie z jednej sceny w kolejną miejscami przypominało skakanie palcem po mapie. Nie lubię takich zabiegów, więc myśl o porzuceniu książki ponownie się pojawiła, choć nie została spełniona.
     Język jest prosty, kolokwialny, a wszelkie afery i skandale opisane tak, że nie każą się zastanowić nad tym, jak bardzo są poważne i jakie mogą mieć konsekwencje. Przez Przypadkowe szczęście przechodzi się z beznamiętnym wyrazem twarzy, a przy scenach seksu unosi się brew i ze zwątpieniem pyta: "to naprawdę tak wygląda?". Osobiście podziwiam osoby, które nie boją się wziąć za erotyki i stworzyć coś wywołującego porządne rumieńce na twarzy czytelnika, ale jeśli nie potrafi się realistycznie i z zachowaniem umiaru, bez patosu opisywać intymnych aspektów ludzkiego życia, to czy w ogóle warto?
     Nic w Przypadkowym szczęściu zbytnio mnie nie zaskoczyło. Jedynym ciekawym wątkiem wydawała mi się choroba matki Delli i to, jak bardzo wpłynęła ona na życie dziewczyny, która będąc w końcu wolną, wyrusza w samotną podróż po kraju. Nie mam zamiaru zbytnio pomstować nad tym, że kto to widział dziewiętnastolatkę przemierzającą w pojedynkę Stany Zjednoczone, bo pewnie jest to w jakimś stopniu prawdopodobne, ale żałuję, że nie poświęcono tejże przeszłości więcej uwagi. Poza koszmarami i budzeniem się z krzykiem chętnie poczytałabym o jeszcze innych wpływach traumy.

(źródło: http://ksiazka-od-kuchni.blogspot.com/)

     Podsumowując, powieść Abbi Glines to książka, po którą sięgnąć mogą ci, którym nie zależy zbytnio na czymś głębszym, a na chwili oderwania się od innych, cięższych lektur. Jeśli nie zrażają was liczne sceny seksu ani płytkość, ukazanie amerykańskiej rodzinki niczym z filmu, to książkę polecam. Wszystkim innym proponuję popukanie się w głowę i odłożenie powieści na bok. Gdybym mogła cofnąć czas, przeznaczyłabym go na coś innego.

Ocena: 3/10

STREFA DOBRYCH CYTATÓW:

Wiedziałem, że Tripp nie żałował nawet jednej spędzonej na grze minuty. Miałem tylko nadzieję, że zebrał odpowiednią ilość wspomnień, by wystarczyły mu na resztę życia, bo to jedyny raz, kiedy przebywał z nią sam na sam.

Czasami nasze niedoskonałości sprawiają, że stajemy się wyjątkowi.

Jedyną rzeczą, jakiej powinniśmy się bać, jest sam strach.

Jest na świecie ktoś, kto cię pokocha. Kto będzie cię pragnął dla samej ciebie. Nie zadowalaj się czymś gorszym.

Nie potrafisz kalkulować i zachowywać się egoistycznie. Sprawiasz, że chcę stać się lepszy.

wtorek, 20 września 2016

[Recenzja książki] Jessica Sorensen - "Przypadki Callie i Kaydena" oraz "Ocalenie Callie i Kaydena"

Autor: Jessica Sorensen
Tłumacz: Ewa Helińska
Tytuł: Przypadki Callie i Kaydena
Tytuł org.: The Coincidence of Callie and Kayden
Gatunek: New Adult, romans
Rok wydania: 2015
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Cykl: The Coincidence
Tom: 1
Ilość stron: 368

Opis: Dla Kaydena cierpienie w milczeniu było jedynym sposobem, by przeżyć. Jeśli miał szczęście, nie wychylał się i wypełniał polecenia, mógł przetrwać kolejny dzień. Jednak pewnej nocy, kiedy zdawało się, że jego szczęście – a może nawet i życie – właśnie się kończy, pojawił się anioł imieniem Callie. Kayden został ocalony…
Callie nie wierzyła w szczęśliwe zrządzenia losu. Przynajmniej od czasu swoich dwunastych urodzin, gdy odebrano jej wszystko. Kiedy najgorsze już minęło, dziewczyna pogrzebała uczucia i przysięgła nigdy nikomu nie zdradzić, co się naprawdę wydarzyło. Teraz, sześć lat później, nadal zmaga się z bolesną tajemnicą…

Miłość i problemy – nieodłączni kompani życia i historii książkowych z kategorii New Adult. Jeszcze niedawno myślałam sobie: „Boże, oszaleję! Przecież nigdy nie czytałam tylu romansów!” – a jednak mam się dobrze. Na razie. Alleluja dla mojej nieromantycznej duszy.
Ci, co są z nami od początku, zapewne czytali moją niepochlebną recenzję świeżo wydanej w Polsce książki pani Jessici Sorensen (Nie pozwól mi odejść.Ella i Micha). „Przypadki Callie i Kaydena” to druga historia tej autorki, która weszła mi pod płonącą patelnię krytyki. Niestety, jak raz poznam kiepską opowieść jakiegoś autora, jestem bardzo sceptycznie nastawiona do innych jego dzieł. Chyba nie muszę mówić, jak wielki problem miała ze mną Callie wraz z Kaydenem i jaką wielką wojnę stoczyliśmy? Mogę skrycie przyznać, że zostałam posadzona z pistoletem przy głowie przed komputerem – ta problematyczna dwójka kazała mi kupić drugą część ich przygód, a to wszystko za sprawą… ha, nie tak prędko.
„Przypadki Callie i Kaydena” to pierwszy tom przygód tytułowych bohaterów, całość składa się z dwóch tomów, a ostatni z nich to: „Ocalenie Callie i Kaydena” – przynajmniej jeżeli chodzi o ich wydanie w Polsce, bo z tego co zerkałam, istnieje jeszcze jedna część, wydana dwa lata temu za granicą: „The resolution of Callie and Kayden” i kilka innych książek z serii „Przypadków” o zupełnie innych bohaterach (Zysk i S-ka! Mam nadzieję, że wydacie więcej?!).
Jak już idzie się domyślić, mamy dwóch bohaterów: Callie i Kaydena. Każde z nich ma bolesne wspomnienia i każde z nich kryje w sobie cierpienie. Historia zaczyna się od imprezy na której Callie ratuje Kaydena przed jego ojcem, który okłada go bez opamiętania i poważnie rani. Ta dwójka znała się już wcześniej, ponieważ byli sąsiadami, ale jakoś nieszczególnie zwracali na siebie uwagę. Cała ich historia zaczyna się, kiedy przenoszą się do college’u. Odkrywają siebie, swoje tajemnice i walczą z nieświadomą miłością, idącą za rękę z pożądaniem.
Pierwsze moje spostrzeżenia po przeczytaniu kilku stron: pani Sorensen ma tendencje do przedramatyzowania czegoś, a nawet chwilami: odrealnienia. To tak, jakby zatracała się w pisanej przez siebie historii całą sobą i aż za bardzo starała się pokazać uczucia płynące z bohaterów. Callie wciąż stała u mnie na granicy: lubić czy nie lubić, właśnie ze względu na to początkowe użalanie się nad sobą. Nie rozumiałam wielu jej decyzji. Nie rozumiałam też, jak przez sześć lat mogła zupełnie nikogo nie dotknąć. Czy to możliwe? O wiele lepiej wypadł moim zdaniem Kayden, który jednak nieraz irytował mnie swoimi męskimi zapędami. Pokazywał, że chłopak to jednak czasem myśli tylko i wyłącznie penisem, a nie mózgiem (bo przecież jak sięgniesz do spodni dziewczyny to to takie zboczone jest!). Mimo wszystko, ostatecznie polubiłam tę dwójkę i wciągnęłam się w ich świat.
Schemat wydawał się początkowo taki jak przy „Nie pozwól mi odejść…” – rodzinne problemy, ucieczka do college’u, główna bohaterka ma starszego brata, no i ci przyjaciele jako nieodłączne, drugoplanowe postacie.  Na szczęście Callie i Kayden byli lepsi niż Ella i Micha. Bardziej… normalni.
Początkowo styl powieści wydawał się być bardzo sztywny, ale im dalej szłam, tym lepiej było. Mimo wszystko – nie mogę wyróżnić tu żadnych nadmiernie ciekawych cytatów. Wkurzało mnie już od pierwszych stron ciągłe napominanie po pięćdziesiąt razy o problemie Callie. Niby jest owiany tajemnicą aż do końca książki, a i tak wszyscy wiemy co ją spotkało. Nie wiemy tylko kto to zrobił.
Nie ma tu głupiego humoru, a każda najzwyklejsza sytuacja jest przedstawiona ciekawie. Uwielbiam motyw przeplatających się pomiędzy tekstem wspomnień głównej bohaterki, a także listę wyzwań Callie i Setha – przy każdym rozdziale pojawia się jakiś punkt z ich listy. Problemy są dobrze przedstawione, choć autorka bardziej skupia się na Callie. 
Słabo poruszyła mnie miłość dwójki bohaterów. Obydwoje czasem irytują swoimi decyzjami albo myślami, ale wszyscy wiemy, że w takich powieściach muszą być zawsze jakieś komplikacje. „Kocham ją, ale przez moją przeszłość nie mogę z nią być!”, „Pragnę go, ale nie jestem zakochana!”. Sceny erotyczne nas nie zaskakują. To znów ten sam schemat – zazwyczaj zaczyna się od języka w buzi i jęków Callie (mam wrażenie, że gdziekolwiek by ją Kayden nie dotknął, nawet w czubek głowy, to by jęczała) – tylko po prostu dzieje się to w różnych miejscach. Chwilami miałam wrażenie, że więcej tu pożądania niż miłości!
Znów u pani Sorensen mamy świetnie przedstawione postacie drugoplanowe. Uwielbiam Luke’a i Setha (przyjaciele Callie i Kaydena) – oni również mają swoje malutkie problemy, które są dobrze wplecione w powieść.
Tak naprawdę miałam nie kupować drugiej części, ale koniec mnie tak zniszczył, że po prostu musiałam. No, musiałam.
Były tu wątki przy których się uśmiechałam, były takie przy których miałam w oczach łzy. Im dalej w tę historię brnęłam, tym mniej banalna i irytująca mi się wydawała (może to przez wcześniejsze uprzedzenia do Jessici Sorensen?). To dobra lektura na wakacje, na ogródek, na podróż. Nie jest do końca lekka, bo porusza poważne problemy, ale pewnie wielu osobom się spodoba i wiele osób wzruszy. I... nie zrozumcie mnie źle, nie jest to dzieło sztuki. To po prostu kolejna pozycja z kategorii New Adult, ale... na pewno bardziej charakterystyczna niż większość jej poprzedników!
Pozwolę sobie jeszcze na koniec dodać, że… miałam krzywo wydrukowaną książkę. Nie wiem czy trafiłam na taki pojedynczy egzemplarz, czy może jest ich więcej, ale chwilami raziło mnie to w oczy. Okładka jak dla mnie prosta i ładna, ale pod tym względem Zysk i S-ka zawsze są mistrzami. Zostaje mi czekać na drugą część!

Ocena: 6/10 




STREFA CYTATÓW:

„Niesamowite, że rzeczy na zawsze zapadające w pamięć chciałoby się zapomnieć, a te, których kurczowo się trzymasz, ulatują niczym piasek na wietrze”

„– Kto z was, bękarty, wejdzie na górę? To niedaleko, ale ja mam nieźle w czubie.
Seth unosi rękę w dramatycznym geście.
– Cóż, ponieważ rzeczywiście jestem bękartem, ja to zrobię.
Święcę mu latarką w twarz. Wygląda jak jeleń zahipnotyzowany światłami samochodu na szosie.”

„– Dobrze, wezmę tego różowego z oderwanym uchem.
Mężczyzna za ladą drapie się po szyi.
– Mówisz poważnie?
Callie ma stoicki wyraz twarzy.
– Absolutnie. Nigdy nie żartuję, gdy chodzi o pluszowe misie.”

„Kayden: Wiesz, że pani McGregor ma romans z Tomem Pelonie?
Ja: Hm… Co?
Kayden: Albo że Tina Millson dostanie na gwiazdkę nowego mercedesa?
Ja: Powinnam o tym wiedzieć? Jestem zupełnie zdezorientowana.

Kayden: Raczej nie, ale chyba moja mama potrzebuje przyjaciółki. Chodzi za mną po całym domu, opowiadając najnowsze ploteczki. Chciała nawet, bym jej towarzyszył u manikiurzystki.”


*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*

Autor: Jessica Sorensen
Tłumacz: Ewa Helińska
Tytuł: Ocalenie Callie i Kaydena
Tytuł org.: The Redemption of Callie and Kayden
Gatunek: New Adult, romans
Rok wydania: 2015
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Cykl: The Coincidence
Tom: 2
Ilość stron: 384

Opis: Mroczny sekret, od lat skrywany przez Kaydena w końcu wyszedł na jaw. Co gorsza, chłopak stoi w obliczu groźby oskarżenia przed sądem o pobicie. Jedynym sposobem, by mógł oczyścić swoje imię jest zdradzenie przez Callie jej tajemnicy. Ale Kayden nigdy jej o to nie poprosi. Zamiast tego zrobi wszystko, co w jego mocy, by ją chronić. Nawet jeśli oznacza to opuszczenie przez niego jedynej dziewczyny, którą kiedykolwiek pokochał.
Callie wie, że Kayden pogrąża się w ciemności i rozpaczliwie pragnie go ocalić. Lecz uda jej się to jedynie wtedy, gdy stawi czoła swojemu największemu lękowi i wyzna wszystkim własne bolesne tajemnice. Pomysł przerwania milczenia wzbudza u niej trwogę, ale nie tak wielką, jak myśl o utracie Kaydena.

Każdy z nas pragnie czasem ocalenia. Czy to od straszliwie trudnej klasówki, czy z wielkiego spotkania rodzinnego, gdzie babcia wciska w nas dziesiąty już kawałek ciasta, czy od plotkujących moherów w tramwaju. Czasem to ocalenie ma jednak większą rangę niż przyziemne sprawy. Niektórzy pragną ocalenia od problemów, od bólu, od życia. Właśnie taką tematykę podejmuje drugi tom z serii zatytułowanej imionami Callie i Kaydena.
               Akcja rozpoczyna się w szpitalu, gdzie na światło dzienne wychodzi problem rządzący życiem Kaydena. W pierwszym tomie autorka skupiła się bardziej na Callie, w drugim skupia się na Kaydenie – niezmiernie mi się to podoba, bo jego problem wydaje mi się ciekawszy. Zmienia się jednak przez to moje nastawienie do postaci. Kayden zaczyna mnie irytować swoim jęczeniem, użalaniem i głupim rozumowaniem, a Callie staje się moją ulubioną bohaterką – nawet na moment nie zostawiła chłopaka! I mimo tego, że była krucha, dzielnie znosiła jego odrzucenie. Stała się waleczna, co mnie cieszy.
Od początku tomu byłam poruszona. Nie, tak naprawdę przez całą książkę byłam poruszona, a moje serce na przemian pękało na miliony kawałeczków i unosiło się z radości. Zauważyłam, że wpadłam po uszy z twórczością Jessici Sorensen. O ile pierwszy tom wzbudzał we mnie niepewność i jej styl średnio mi się podobał, tak teraz uważam, że jest mistrzynią emocjonalności. Nie wiem czy to kwestia tego, że się do jej stylu przyzwyczaiłam, czy po prostu się polepszył. Pani Sorensen gra na emocjach i zmusza do refleksji oraz przeżywania – to jest właśnie główna zaleta jej twórczości. Kreuje taki mały światek z blado nakreślonym światem zewnętrznym, ale mocno zaznaczonym światem wewnętrznym. Porusza.
Mam wrażenie, że pierwsza część to tylko takie preludium do prawdziwych dziejów, bo w drugiej o wiele więcej się dzieje. Nareszcie bohaterowie odkrywają swoje wnętrza i wpadają w sidła miłości. Mamy też trochę wyraźnej nakreślony świat bohaterów pobocznych – genialne kreacje, nigdy nie pokochałam tak mocno geja w książce.
Po powyżej opinii moglibyście stwierdzić: o, 10/10! Ale nie. Nie dałabym aż tyle tej książce. Wciąż jest wiele rzeczy, które mnie irytują i takie, które mnie zasmuciły. Przede wszystkim lista Callie i Setha przestała mieć znaczenie – co prawda zadania wciąż pojawiają się przy każdym następnym rozdziale, ale już prawie nikt o niej nie wspomina. A co z miłością głównych bohaterów? Wydaje mi się, że jest jak najbardziej urocza, a jednocześnie… odrobinę odrealniona. I Callie i Kayden zachowują się w miłości jak (przepraszam za określenie) zakochani idioci. Wciąż padają czułe słówka o treści: „chcę z tobą zostać na zawsze”, a obydwoje twierdzą, że siebie nie kochają – szczególnie przy Kaydenie miałam ochotę przewrócić czasem oczami. 
Sceny erotyczne. Jest ich tu za dużo. Mogłoby być ich dużo, gdyby nie to, że niczego nowego nie wprowadzają i są… takie same, zwyczajne. Nie chciało mi się czytać o trzech razach bohaterów pod rząd, bo to nudziło. Odrobinę rozbawiło mnie, że Callie kreowana jest na strachliwą dziewczynkę na siłę – tu uprawiała seks cały dzień, a potem wstydziła się wejść do wanny z tym samym chłopakiem.
Pojawiają się tu za często powtarzające się elementy – chociażby to, że za każdym razem Callie widzi u Kaydena same blizny. Już wiemy, że ja ma, to po co o tym wspominać pięćdziesiąt razy? Ale to tylko drobne, irytujące rzeczy. Ogół wypadł dobrze.
Jakby mnie ktoś spytał o czym jest ta opowieść, nie miałabym problemu z odpowiedzią. To po prostu historia o dwójce złączonych przez przeznaczenie ludzi, których połączyło wzajemne cierpienie i… ocalenie. Miłość jest przedstawiona w piękny sposób, a książka wzbudza w nas skrajne emocje – ja osobiście miałam ochotę czasem krzyknąć i nieraz zalewałam się też łzami. Jestem zdziwiona, że spodobała mi się tak prosta i z pozoru banalna historia. Mam nadzieję, że niebawem pojawi się trzeci tom przygód Callie i Kaydena!

Ocena: 7/10


STREFA DOBRYCH CYTATÓW:

„ – Wierzę w irracjonalne, nagłe decyzje, które czynią życie interesującym. A życie musi być interesujące, bo mamy tylko jedno.”

„–  Jedzeniorgazm?
Potakuje głową i z trudem przełyka posiłek.
– Jeden z orgazmów zwycięzców.
–  Jakich zwycięzców?
–  Życia.”

„(…) Wciąż wygląda to tak, jakbyśmy uciekali przed problemami. Jeśli czegokolwiek się w życiu nauczyłam, to tego, że ucieczka przed nimi oznacza przyzwolenie, by cię ścigały”
  
„– Ludzie zwykle widzą to, co chcą widzieć, ale to nie czyni z nich złych osób”

sobota, 17 września 2016

[Recenzja książki] Agata Czykierda-Grabowska - "Jak powietrze"

Autor: Agata Czykierda-Grabowska 
Tytuł: Jak powietrze
Gatunek: Literatura obyczajowa, New adult
Rok wydania: 2016
Ilość stron: 479

Opis: Zwykła dziewczyna, zwykły chłopak, niezwykła miłość.
Niektórym może się wydawać, że Oliwii niczego nie brakuje – przystojny chłopak, świetne studia, wieczory spędzane w warszawskich klubach. Ale gdy los stawia na jej drodze Dominika, w jego bursztynowych oczach dziewczyna dostrzega coś, czego nie dał jej wcześniej nikt inny.Dominik mieszka w obskurnej kamienicy na Pradze i musi zajmować się młodszym rodzeństwem. W jego życiu nie ma miejsca na rozrywki ani nawet na marzenia.Choć pochodzą z dwóch różnych światów, wkrótce okazuje się, że nie mogą bez siebie żyć. On przynosi jej długo oczekiwany spokój, ona jest dla niego jak powietrze.
Ale czy taka miłość ma szanse przetrwać ?Czy Dominik potrafi odciąć się od bolesnej przeszłości?                                                                                                                                                                         
Człowiek, który sądzi, że ma wszystko, tak naprawdę nie ma racji. Uważa się za lepszego, bo… bo ma więcej, jeździ lepszym autem, nosi drogi zegarek. Dobrobyt, który go ogarnia, przysłania mu najważniejsze wartości, którymi powinien się kierować człowiek. Zaczynamy doceniać coś, kiedy zostanie nam to odebrane. Smutne, ale niestety prawdziwe stwierdzenie. „Pieniądze szczęścia nie dają”. A zatem, dzięki czemu to szczęście otrzymujemy? Na to pytanie, bohaterowie "Jak powietrze" znają odpowiedź.
              Agata Czykierda-Grabowska swoją powieścią, rozpoczęła nowy nurt w polskiej literaturze. Uważam, że jest to dobry start na gruncie książek New Adult. Na początek, chciałabym bardzo pochwalić wydawnictwo OMG za wykonanie okładki. Jest przepiękna. Kiedy tylko ją zobaczyłam, od razu się zakochałam. Bardzo trafiona, barwna, nawiązująca do pory roku, kiedy odbywała się  jej premiera.
              Książka napisana jest łatwym językiem, szybko się ją czyta. Fabuła jednowątkowa, zawiera kilka zwrotów akcji. Z twórczością tej autorki spotykam się po raz pierwszy. Muszę przyznać, że bardzo chętnie przeczytam kolejne książki. Pierwsze spotkanie, ale jakże udane.
            Kreacja bohaterów nie zaskakuje. Była do przewidzenia. Akcja książki rozgrywa się po części na warszawskiej Pradze. Ukazuje zderzenie dwóch światów, które kończy się dobrze. Obie postacie były nieszczęśliwe, każdy na swój sposób. Wystarczył jeden dzień, jedna chwila, która wywróciła ich życie do góry nogami. Z perspektywy czasu, uważam, że może był im potrzebny taki impuls, by oboje zrozumieli co w życiu jest najważniejsze. Troszkę sadystycznie to brzmi, ale w prawdziwym życiu nieraz doświadczamy tego typu rzeczy. Ona zrozumiała, że nie zawsze wszystko co jest materialne wystarczy, a on mógł przeżyć coś wspaniałego - zostało mu dane coś czego wcześniej nie mógł mieć. W obu przypadkach zwycięża miłość.  
         Podsumowując. Przyjemna lektura, w sam raz na wieczory ze świeczkami, a może nawet lampką ulubionego wina. Podczas czytania, nasuwają się myśli, refleksje nad życiem. Godna polecenia, szczególnie młodym ludziom, tym starszym też polecam. Jest ona pouczająca, traktuje życie nie jako zabawkę, lecz coś naprawdę poważnego. Niektórzy zbyt późno doceniają, coś co było im dane.

Ocena: 7/10

Strefa dobrych cytatów: 

"- Świdrujesz mnie wzrokiem.
- Nie świdruję. Patrzę.
- Dlaczego patrzysz?
- Bo jesteś piękna - odpowiedział bez wahania"

czwartek, 21 lipca 2016

[Recenzja książki] Huntley Fitzpatrick - "Moje życie obok"


Autor: Huntley Fitzpatrick
Tłumaczenie: Katarzyna Krawczyk
Tytuł: Moje życie obok
 Tytuł oryg.: My life next door
Gatunek: New Adult
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 421


Opis: Garrettowie są absolutnym przeciwieństwem Reedów. Głośni, bałaganiarscy, emocjonalni. Siedząc w swoim punkcie obserwacyjnym Samantha Reed codziennie marzy o tym, by stać się jedną z nich... Aż do pewnego letniego wieczoru, kiedy Jase Garrett wspina się na dach obok niej i zmienia wszystko.
Zakochują się w sobie bez pamięci, przedzierając się przez potknięcia i cuda pierwszej miłości. Rodzina Jase'a przyjmuje Samanthę jak swoją, chociaż dziewczyna początkowo ukrywa swój związek z nim. Wtedy zdarza się coś nie do pomyślenia i świat Samanthy się rozpada. Dziewczyna staje przed niemożliwą do podjęcia decyzją. Która rodzina idealna zdoła ją ocalić? A może nadszedł czas, by sama ocaliła siebie?

Rodzina. Czasem trochę zwariowana, czasem całkiem poważna, kochająca, nienawidząca, chaotyczna, a może porządna; inna lub taka sama jak wszystkie. Lubię mówić, że rodzina to najpiękniejsze co mogło się przytrafić człowiekowi w życiu. Lubię, gdy ktoś się ze mną w tej kwestii zgadza. W tym momencie mogłabym sobie podać rękę z Garretami. Za to z Reedami zapewne miałabym na pieńku.
„,Moje życie obok” w dobitny sposób przedstawia różnicę pomiędzy dwoma rodzinami mieszkającymi obok siebie. Garretowie – ci nieporządni, chaotyczni, wielodzietni, biedni, rodzinni, tak różni i tak cudowni w swojej różności. Mamy panią Garret, pana Garret, oraz ich dzieci: Alice – groźną kochanicę farbująca włosy na różne kolory, jeżdżącego na motorze i wysportowanego Joela, przeuroczego, biegającego nago George’a, którego ulubionym programem jest Discovery Chanel dla dzieci, Patsy, której pierwszym słowem było słowo: „kupa”, Duffa, Harry’ego oraz Jase’a – najzwyklejszego chłopaka w świecie. Wesoła i duża gromada. Dlaczego wspominam o nich już na początku? Bo to oni ubarwili tę historię swoją niepowtarzalnością. Czytając o nich, miałam ochotę wejść do tej książki, a potem do domu Garretów i zostać tam już na zawsze. W ich rodzinnym chaosie kryje się wiele miłości i piękna. Udowadniają nam, że nieważne co mówią ludzie wkoło – i tak możemy być szczęśliwi, jeżeli mamy przy sobie tych, których kochamy. 
Całkowitą przeciwnością Garretów są Reedowie – Grace, bogata, poukładana pani senator, kobieta kariery, wiecznie nie ma czasu, jej córki – Tracy-buntowniczka i Sam – spokojna, grzeczna i posłuszna siedemnastolatka – historia opisywana jest właśnie z jej perspektywy. Co mogę o niej powiedzieć? Bardzo ją polubiłam, a naprawdę rzadko zdarza się główna postać, która by mnie nie irytowała i to na dodatek dziewczyna! Jaka jest Samantha? Troskliwa, ułożona, może trochę zbyt zamknięta w sobie. Mimo tego, że jej matka jest senator i dużo zarabia – nie obnosi się z tym, chce pomagać, rzadko się buntuje, a jednocześnie potrafi walczyć o swoje. Przy okazji jest normalna i jak każdy w jej wieku popełnia błędy.
Sam od dziecka przygląda się z dachu swojego domu Garretom. Kto by pomyślał, że pewnego dnia wdrapie się do niej Jase – jeden z nich? Tak właśnie zaczyna się jej miłosna przygoda. Samym związkiem Sam i Jase’a jestem zachwycona. Nie jest to opowieść na miarę Disneya, choć ma w sobie dużo niewinności i słodyczy. Wszystko przebiega zwyczajnie, a zarazem ciekawie. Nie ma słownych dramatów, walki o uznanie w miłości, wszystko jest takie jak w naszym życiu – normalne, ale nie zawsze kolorowe. 
Po raz pierwszy widziałam tak subtelnie opisany pierwszy raz dwójki młodych ludzi. Bohaterowie nie rzucili się na siebie i nie krzyczeli: „zedrzyj ze mnie ciuchy, tygrysie!”, po prostu to zaplanowali i czekali na odpowiednią chwilę. Scena z wybieraniem prezerwatyw i rozwodzenie się nad tym, po co istnieją te świecące w ciemnościach była przezabawna.


Lubię tę książkę przede wszystkim za to, że dobrze oddaje realizm życia, nie tylko jeżeli chodzi o miłosny aspekt powieści. Pojawiły się tu postacie, które miałam ochotę zabić gołymi rękami lub ze łzami przytulić do piersi. Do znielubionych na pewno należał Clay, który od początku do końca był postacią niepozytywną, żądną władzy, idącą po trupach do celu. Nie przepadałam za matką Sam dla której ważniejsza była kariera niż rodzina. Polubiłam za to Tima – przyjaciela Sam, który stoczył się na samo dno, a potem twardo wziął w garść i stał się innym, lepszym człowiekiem. Z rodziny Garretów pokochałam wszystkich, ale moje serce zdobył Jase, który nie był jakimś super „ciachem”. Fakt, był przystojny jak to zazwyczaj bywa w takich powieściach, ale z charakteru był po prostu normalnym chłopakiem o dobrym sercu. Uwierzcie, nigdy tak zwyczajna postać nie oczarowała mnie w tak wielkim stopniu. Jase to dowód na to, że nieseksowanym, nie bad boyu i nie buntowniku – też się można zakochać.
Książka pełna była zabawnych momentów. Różowe karteczki samoprzylepne zdobią średnio co czwartą stronę mojego egzemplarza, oznaczając najlepsze fragmenty. Już wiem, że będę miała problem z umieszczeniem na końcu najlepszych cytatów, bo jest ich groma!
Jak przedstawia się całość powieści z mojej perspektywy? Początek spowodował, że na mojej twarzy pojawiały się rumieńce. Śmiałam się jak głupia, uśmiechałam, piszczałam, a rodzice patrzyli na mnie jak na wariatkę. Cieszyłam się, że w końcu, po długim, długim czasie bezowocnych poszukiwań, znalazłam książkę, którą pokochałam! Cieszyły mnie tu nawet pozornie nieważne fakty – np. to, że Jase miał węża Voldemorta albo myszoskoczki, które również posiadam; czy to jak mały George nazwał Sam „czarodziejką z księżyca”. Moja radość została trochę przytłumiona przez środek książki, bo tak naprawdę nie działo się nic szczególnie ciekawego, na szczęście pod sam koniec znów zostałam pobudzona nieprzewidzianymi w skutki zdarzeniami. Na ogół łatwo się wzruszam, dlatego chwilami miałam w oczach łzy.
Na początku odnosiłam wrażenie, że „Moje życie obok” to historia w stylu „Romeo i Julii”, ale to nie do końca tak. Tylko z opisu może przypominać dzieło Shakespeare’a.  To przede wszystkim opowieść o dorastaniu, o problemach młodych ludzi, pierwszej, poważnej miłości bez koloryzowania. Czasem brakuje akcji i książka robi się nudna, ale zaraz szybko wraca cały arsenał emocji towarzyszących czytaniu. Polecić mogę każdemu, bo książka jest dobra na zrelaksowanie się i ewentualną poprawę humoru! 
Nieraz bywa tak, że człowiek czuje się zawiedziony po lekturze, a opis i okładka były przecież genialne! Tu się nie zawiodłam. Tak jak chciałam – tak było. Cieszę się, że trafiłam na „Moje życie obok”, bo dzięki niej uwierzyłam, że są jeszcze dobre młodzieżówki na tym świecie, a kategoria New Adult nie musi być zawsze w tym samym schemacie! Polecam.

Ocena: 7/10

Strefa dobrych cytatów (z którymi miałam problem, bo jest ich za dużo!)

„- Mógłbym się z tobą ożenić – przyznaje. – Chcesz mieć dużą rodzinę?
Zaczynam kaszleć, w tej chwili ktoś mnie klepie po plecach.
- George, zazwyczaj lepiej omawiać tego rodzaju rzeczy w spodniach.”

„ – Jase chce się z tobą ożenić?
Znowu zaczynam kasłać.
- Och. Nie. Nie, George. Mam dopiero siedemnaście lat. Jakby to było jedynym powodem,dla którego nie jesteśmy zaręczeni.
(…) – Ale Jase ma siedemnaście i pół. Mogłabyś. Wtedy mogłabyś tu z nim mieszkać. I mieć dużą rodzinę.
Oczywiście w połowie tej propozycji Jase wraca do pokoju.
- George. Spadaj. Leci Discovery Chanel.
George wycofuje się tyłem z pokoju, w progu zaś rzuca:
- Jego łóżko jest naprawdę wygodne. I nigdy w nim nie siusia”

„(…) – Schludny pokój. Zawsze taki jest?
Czuję, że muszę się bronić, po czym bronię się przed tym poczuciem.
- Zazwyczaj. Czasami…
- Bywasz trochę szalona i nie odwieszasz szlafroka? – sugeruje”

„- Podobno jesteś Czarodziejką z Księżyca.
- Tak, kilka godzin z twoją rodziną i poczułam nadprzyrodzone moce”

„- Hej, nie macie niczego na wierzchu!
- Uhm, George… - Jase przeczesuje ręką włosy z tyłu głowy.
- Ja też. – George wbija palec we własną nagą klatkę piersiową. – Pasujemy do siebie”

„ – Muszę pamiętać, ile mam szczęścia. Moi rodzice mogą być bez grosza, sprawy mogą iść teraz źle, ale są wielcy. Gdy byliśmy mali, Alice miała zwyczaj pytać mamę, czy będziemy bogaci. Zawsze odpowiadała, że jesteśmy bogaci we wszystkie rzeczy, które się liczą. Muszę pamiętać, że miała racje”

„Cisza zapada między nami jak kurtyna. W końcu Tim ją przerywa.
- Chyba wybrałem zły dzień na zerwanie z amfetaminą”

„- Duff stwierdził kiedyś na lekcji, że kiedy tylko tata wyjmuje mówiący kij, mama ma następne dziecko. Chyba po tym jego wystąpieniu zwołano specjalną radę pedagogiczną”

Za egzemplarz dziękuję:


czwartek, 7 lipca 2016

[Recenzja książki] Jessica Sorensen - "Nie pozwól mi odejść. Ella i Micha"

Autor: Jessica Sorensen
Tłumacz: Ewa Helińska
Tytuł: Nie pozwól mi odejść. Ella i Micha
Tytuł oryg.: The secret of Ella and Micha
Gatunek: New Adult
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 294


Opis:

Ella obawia się, że to, co starała się tak mocno ukryć znów ujrzy światło dzienne, tym bardziej, że Micha mieszka tuż obok. Jeśli spróbuje wywabić z ukrycia jej dawne ja, trudno będzie się mu oprzeć. Micha jest seksowny, pewny siebie i jak nikt inny potrafi trafić do serca Elli. Wie o niej wszystko, włącznie z najmroczniejszymi sekretami. Twardo postanawia odzyskać swoją najlepszą przyjaciółkę i dziewczynę, którą kocha. Bez względu na wszystko…


Miłość nie wybiera, miłość jest jak narkotyk, miłość to głupota robiona we dwoje. Internet huczy od miłosnych cytatów i trudno kogokolwiek za to winić. Wszyscy kochamy i wszyscy wiemy, co znaczy kochać. Być może nie jesteś jeszcze na etapie wielkiej miłości pozarodzinnej i czekasz ze zniecierpliwieniem na tego jedynego, czy tą jedyną. Może czytasz romanse i starasz sobie wyobrazić: jak to może wyglądać? Jedno jest pewne: nie zawsze wszystko wygląda tak jak w książce. 

Zazwyczaj nie czytuję romansów. Zawsze uważałam, że są do bólu schematyczne, czasem odrobinę odrealnione i naprawdę trudno znaleźć wśród nich prawdziwą perłę. Czy „Nie pozwól mi odejść. Ella i Micha” jest właśnie tym ewenementem? Z przykrością muszę stwierdzić, że nie. 

           Tytułowych bohaterów poznajemy już w prologu, w emocjonującej scenie odbywającej się na moście. Po niej czułam się naprawdę zaintrygowana i zachęcona, wiązałam z tą lekturą wielkie nadzieje, ale po prologu wszystko się posypało. Lubię być zaskakiwana – i pozytywnie i negatywnie. Ella i Micha nie dostarczyli mi nawet najmniejszego elementu zaskoczenia – byli przewidywalni, czasem nawet trochę irytujący.

          Dwójka głównych bohaterów zna się już od dziecka, są najlepszymi przyjaciółmi, ale ten kluczowy dzień na moście wszystko rozwiązuje, bo po nim Ella znika na dobre z miasta. Wraca dopiero na wakacje, całkiem odmieniona – już nie jest silną dziewczyną, wywołującą wszędzie awantury i ubierającą się w punkowy sposób. Zdziwieni okoliczni przyrównują ją do tego, co my moglibyśmy nazwać „lafiryndą”. Co najmniej sześć razy mamy okazję zobaczyć zdanie: „Ella, co się z tobą stało?!”.

           Dlaczego nasza główna bohaterka uciekła? Jak sama wspomina – pragnie oderwać się od przeszłości, zostawić ją w tyle.  Wspomnienia z jej miasta i sam Micha jej w tym jednak przeszkadzają. Przyznaję, miała dosyć traumatyczne przeżycia, ale jak to się dzieje, że dramat jej przyjaciela, Michy, trafił do mnie w większym stopniu, a zdecydowanie mniej o nim mówiono w książce? 
         Ella mnie irytuje. Zachowuje się, jakby miała rozdwojenie jaźni i za wszelką cenę próbuje ukryć to, kim naprawdę jest. Motywuje to tym, że może przejąć po matce chorobę psychiczną, dlatego lepiej, żeby od wszystkiego uciekła. Chyba nawet dziecko ma świadomość tego, że od genetyki nie można uciec nawet, jeżeli zmienisz siebie od wewnątrz czy zewnątrz. To bardzo naiwne nastawianie. Cała książka toczy się wokół Elli, która patrzy tylko na to jak jest jej źle, a nie zwraca uwagi nawet na ojca, którego zostawiła na osiem miesięcy samemu sobie i który zapija się, płacząc za żoną (na szczęście ktoś jej w końcu to wygarnia). Jeżeli chodzi o dramaty, punkt przyznaję Michy, który nie pokazuje wszystkim wkoło, jaki to jest biedny i na dodatek wspiera swoją przyjaciółkę, odsuwając ją od własnego problemu. To jednak nie zmieni faktu, że jego postać jakoś szczególnie mnie nie zachwyciła. Autorka aż za bardzo starała się pokazać, że ocieka seksem. Podobało mi się jedynie to jak traktuje przyjaciół i swoją własną matkę.

            W całej książce było co najmniej pięć sytuacji, w których między dwójką głównych bohaterów mogło dojść do stosunku. Za każdym razem zaczyna się i kończy tak samo, po prostu dzieje się to w różnych miejscach i okolicznościach. Czytając tę opowieść, miałam ochotę krzyknąć: „przelećcie się w końcu, a nie denerwujecie ludzi!”. Potem tego pożałowałam, bo sama końcówka książki miała aż nadmiar scen erotycznych. 

           Tu tak naprawdę nie dzieje się nic ciekawego. Równie dobrze możesz wyjść na zewnątrz i przeżyć to samo co bohaterowie i obiecuję ci – nie będzie to wyjątkowe. 
        "Nie pozwól mi odejść..." to kolejny zwyczajny romans zapełniający czas. Nie jest zły i nie jest wspaniały, po prostu przeciętny. Dla fanów dobrych zakończeń. Czyta się go szybko i lekko. Plus dla autorki za naturalne dialogi. Rozmowy pomiędzy bohaterami, które miały być śmieszne, były śmieszne. Mimo fabuły, jesteś trzymany w niepewności i chcesz się dowiedzieć czegoś więcej o przeszłości bohaterów. Między wątkami autorka przepływa dosyć sprawnie. 

       Uwielbiam postacie poboczne. Uważam, że bez nich książka byłaby po prostu niewarta uwagi. Przyjaciółka Elli – Lila, przyjaciel Michy – Ethan, czy brat Elli – Dean. Wielki plus za okładkę – jest prosta, ale piękna. Samo zakończenie jest nawet przyjemne. Nie powstrzymałam się od uśmiechu.

           Do książki wkrada się trochę rzeczy przeczących logice. Np. nasza główna bohaterka nie patrzy od ośmiu miesięcy w lustro i zakrywa wszystkie swoimi rysunkami. W takim razie pytanie: jak się maluje? Na oślep? Nie da się. Sama się maluję, wiem, że się nie da, w przeciwnym razie zafundujesz sobie cios krytyczny w samo oko. Na początku jest też wspomniane, że Ella nie przepada za przyjacielem Michy – Ethanem. Późniejsze opisy przeczą temu stwierdzeniu. Przede wszystkim chłopak uratował jej matkę. Ciągle ją od czegoś ratuje i jako jedyny wygarnia jej błędy. Ani razu nie pokazali, że za sobą nie przepadają. Pojawia się nawet wzmianka, że dawniej często spędzali czas w trójkę, więc… dlaczego miałaby go nie lubić? Jeżeli mówiła wszystkim to, co myśli to chyba powiedziałaby Ethanowi, że nie chce się z nim widywać, bo go nie lubi? 
         W książce pojawiają się drobne błędy, np. „zagryzam wagę”, a nie „zagryzam wargę”, ale nie są częste, więc nie rażą zbytnio w oczy.

      Jessica Sorensen zasłynęła z serii: „Przypadki Callie i Kaydena”. Również mam ją w swojej biblioteczce, bo chciałam te dwie książki porównać. Co prawda niepotrzebnie starałam się je czytać na raz, bo Callie myliła mi się z Ellą, poza tym model pisania z dwóch perspektyw zaznaczonych imieniem bohaterów był taki sam, ale... to się wytnie. 



         „Nie pozwól mi odejść. Ella i Micha” to książka na zabicie czasu. Jakbyś jej nie przeczytał – niczego byś nie stracił, bo jest o wiele więcej ciekawszych i bogatszych w treść tworów. Jednak na gorszy dzień i „odmóżdżenie” jest dobra. Może spodobać się nastolatkom, które nie przeżyły jeszcze fascynacji pierwszą miłością.


OCENA: 4/10

SadisticWriter


STREFA (zboczonych) CYTATÓW:


„– Tak, ale to nie twój typ.

– Wszystkie są w moim typie. Poza tym mogłaby zostać striptizerką, a one są zdecydowanie w moim typie”


„– Wiesz, że wtargnięcie do cudzego domu bez pozwolenia jest nielegalne – odpowiadam z zamkniętymi oczami. – A zakradnięcie się do czyjegoś łóżka to już czyn zboczeńca.

– Nie wtargnąłem. Wpadłem.”


„– Micha, do cholery, postaw mnie na ziemi!

Ignoruję ją i wychodzę tylnymi drzwiami. Idąc podjazdem myślę o tym, żeby ją złapać za tyłek, tylko dlatego że mogę. Boję się jednak, że mogłaby mnie ugryźć… choć nie brzmi to tak źle.”



Za książkę dziękuję...