sobota, 12 sierpnia 2017

[PRZEDPREMIEROWO] Cinda Williams Chima - "Zaklinacz ognia"

Autor: Cinda Williams Chima
Tytuł: Zaklinacz ognia
Tytuł oryg.: Flamecaster
Tom: 1
Cykl: Starcie królestw
Gatunek: fantastyka
Wydawnictwo: Otwarte (Moondrive)
Data premiery: 17 sierpnia 2017 r.
Ilość stron: 480

Opis: Adrian, syn Wielkiego Maga i królowej Fellsmarchu, marzy o tym, by zostać magicznym uzdrowicielem. Gdy jego ojciec ginie w zasadzce wroga, poprzysięga zemstę i doskonali znajomość trucizn. Jenna ma na karku tajemnicze znamię, a jej serce bije w rytm płomieni. Przez lata zmuszana była do pracy w kopalniach miasta Delphi. Przyłącza się do walki, gdy żołnierze Ardenu zabijają jej przyjaciół.
Wspólny cel splata losy Adriana i Jenny na ardeńskim dworze. Aby pokonać Gerarda, będą musieli odnaleźć się w świecie, gdzie nie ma prostego podziału na dobrych i złych, wśród ryzykownych sojuszy i pałacowych intryg. Równie niebezpieczna okaże się prawda o ich przeznaczeniu...

Między Fellsmarchem a Arden od lat toczy się zażarta wojna. Bezduszny i bezwzględny król Gerard próbuje wykończyć władczynię należącą do klanu wilków, która zarządza magiczną krainą. Plotki głoszą, że nosi w sercu osobistą urazę do królowej wrogiego państwa, ponieważ ćwierć wieku temu odrzuciła jego zaloty. Czy tylko tyle wystarczy, aby rozpętać prawdziwie płomienną bitwę, krążącą w sercach i umysłach wmieszanych w tę sprawę ludzi, i utworzyć skomplikowanie zawiłą sieć intryg pomiędzy wojownikami, walczącymi na własnych, stworzonych przez siebie polach walki? Cóż, zemsta podąża wieloma pokrętnymi drogami, o czym świadczy opowieść młodego uzdrowiciela Adriana oraz tajemniczej Jenny ze znamieniem na karku. Chcecie się dowiedzieć o co chodzi? Podążajcie śladami moich ognistych wypocin. 
        Zaklinacz ognia nie jest książką oryginalną. Zawiera w sobie mnóstwo dobrze nam znanych schematów i nie wprowadza w świat fantastyki praktycznie niczego nowego. Nie jest to jednak tak wielką wadą, jak mogłoby się wydawać. Cinda Williams Chima mistrzowską ręką stworzyła doskonale zrównoważoną pod względem akcji, relacji i zdarzeń powieść. To prawda, że Zaklinacza cechuje sztampowość, ale ta sztampowość jest uporządkowana, przyjemna dla umysłu i wywarzona. Powieść zawiera mnóstwo opisów, które mogłyby zamęczyć wielu wprawionych czytelników – z tym się zgodzę. Ja na szczęście jestem wielką fanką opisów i w żaden sposób mi nie przeszkadzały. Poza tym, dzięki nim, z niecierpliwością oczekiwałam na dialogi, które były wyjątkowo naturalne i prawdziwe; słowem sumującym: przyjemne.
Uważam, że historia miała dobry wstęp do całości. Stopniowo mogliśmy poznawać dwójkę głównych bohaterów, a także czyny i zamiary pobocznych postaci, które miały duży wpływ na fabułę. Powoli brnęliśmy przez opisy w oczekiwaniu na porządnie rozwinięte akcje, a w międzyczasie dostawaliśmy sporą dawkę mniejszych zawirowań, niosących ze sobą nie byle jakie emocje. 
Początkowe strony książki pozostawiły po sobie jedno wspomnienie w mojej głowie: trupy. Tak, autorka bezwzględnie pozbywała się niektórych bohaterów. Właśnie to podejście zachęciło mnie do dalszego zapoznania się z tą ognistą lekturą, bo w tym braku oryginału był określony zamysł, przejawiający się w początkowych opowiastkach. Zamysł tkwił również w ostatecznym rozwiązaniu sprawy, już na końcowych stronnicach lektury, która zaskoczyła mnie w niemałym stopniu i sprawiła, że zapłonęłam żywą chęcią do przeczytania kolejnego tomu Starcia Królestw. Wierzcie mi, Zaklinacz ognia rozsadza zakończeniem od środka i to dzięki niemu rozpaczliwie zaczynamy się zastanawiać, co wydarzy się w drugim tomie. Sieć intryg staje się wyraźniejsza i bardziej dosłowna, a jednocześnie jeszcze bardziej tajemnicza – niesie ze sobą masę pytań, ale póki co, bez odpowiedzi.
Cinda Williams Chima jest moim zdaniem wiarygodna w tym, co opowiada. Wykreowała świat tak dobrze, jak potrafiła i pozwoliła nam uwierzyć w to, że naprawdę istnieje. Nie chodzi tu o miejsca, w których znajdują się bohaterowie, bo tych opisów było stosunkowo mało, chodzi o zwyczaje, naukę, moce, układy. Do tego autorka dostarczyła nam swoistej równowagi – trochę akcji, trochę spokoju, potem znowu akcja i ogniste wybuchy. Takie traktowanie fabuły najbardziej do mnie przemawia. Wszystko jest dawkowane w odpowiednich porcjach. Brawa należą się autorce również za całkiem dobre wykreowanie postaci. Większość z nich nie ma jasno nakreślonych cech, ale naprawdę wiele możemy wywnioskować z ich zachowania czy sposobu wyrażania się. Na uwagę szczególnie zasługuje Adrian, którego fabuła tyczy się w największym stopniu, oraz sam król Gerard, Destin, Lila czy inne postacie. Problem mam jednak z Jenną. Niewiele mogłam wywnioskować z jej zachowania. Była dosyć… szara w swojej barwności. Niby walczyła, niby nie była uległa i tlił się w niej malutki płomień buntu, a jednak wciąż niewiele o niej było wiadomo. Może to kwestia tego, że Jenny w całej książce było jak lekarstwa na rzadką chorobę, dotykającą tylko 3% ludzkości. Czyżby autorka celowo owinęła ją chmurką tajemnicy? To całkiem możliwe, zważając na to, że nikt tak do końca nie wiedział, kim nasza ognista bohaterka była. Jeżeli już jesteśmy przy tym temacie – bardzo podobała mi się ta poniekąd owiana sekretną płachtą historia Jenny. Za to nad samą postacią można by popracować.
Do tej pory opiewałam Zaklinacza ognia na wszelakie możliwe sposoby, nie jest jednak powiedziane, że wszystko podobało mi się tak bardzo, że nie mogłam znaleźć żadnej konkretnej wady tej powieści. Była jedna mała przywara, która zmniejszyła moją ocenę końcową, a mianowicie był to wątek romantyczny. Nie chodzi o to, że nie podobała mi się relacja pomiędzy dwójką głównych bohaterów. Uważam, że ich związek byłby znośny, gdyby nie został potraktowany po macoszemu. Moment zakochania i nawiązania szczególnie bliskiej więzi przebiegł zdecydowanie za szybko. Praktycznie nie dostrzegliśmy momentu kulminacyjnego tego związku. Bohaterowie za szybko się na siebie „rzucili”, za szybko sobie zaufali – nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że obydwoje byli uprzedzeni co do nowych znajomości i niewielu osobom wierzyli. Miłość dwójki nadzwyczajnych nastolatków nie wzruszyła i nie roztopiła zlodowaciałych serc. Na szczęście to tylko jeden z wielu wątków tej historii, który nie raził jakoś szczególnie w oczy.
Zaklinacz ognia to pozycja mocno sztampowa w tym rozległym morzu fantastycznych dziwów. Warto ją jednak przeczytać, bo w odpowiednich momentach naprawdę nas zaskakuje. Powieść dostarcza nam przede wszystkim równowagi w kreacjach bohaterów, w kreowaniu świata i w samych wydarzeniach. Jedyny problem to to, że w powieści pojawiają się małe błędy logiczne, ale dobrze, mogę na nie przymknąć oko, bo lektura jednak mi się podobała.
Fanom fantastyki polecam, ale jeżeli ktoś mniej obeznany z gatunkiem chciałby się zapoznać z tą pozycją – nie ma na co czekać, to idealna powieść na wprowadzenie laika w arkana magii i dziwów nierzeczywistego świata, wystarczy być odrobinę cierpliwym. Premiera już 17 sierpnia!

Ocena: 7/10


Za egzemplarz przedpremierowy dziękuję:

STREFA CYTATÓW:

– Tak to już jest z poczuciem winy – zauważył tata. – Zdaje się, że zawsze jest go wokół aż nadto, a brakuje go jedynie tym, którzy naprawdę są winni.

– Umrzeć jest łatwo, magiku. – Taliesin pogładziła go po głowie. – Utrzymać się przy życiu to prawdziwe wyzwanie.

– Nadziei nie da się ujarzmić regułami ani wcisnąć pod but przykrych doświadczeń. To błogosławieństwo i przekleństwo zarazem.

9 komentarzy:

  1. O widzisz, a u mnie proporcja zalet i wad tej książki jest dokładnie odwrotna, niż u ciebie ;)
    Owszem, Chima pisze przyjemnie (zwłaszcza wspomniane opisy), ale dla mnie w tej książce zdecydowanie zabrakło akcji. Ash tłukł się po zamku i jojczał, że nie ma jak zabić króla. Jak już wymyślił akcje z rtęcią, to sprawa skończyła się na opisie wręczenia tej buteleczki, bo efektów zatrucia Chima czytelnikowi pożałowała. O waleczności Jenny nie da się powiedzieć nic, oprócz tego, że chya 3 albo 4 razy twardo i stanowczo mówiła "Nie!" ludziom króla, aby po chwili jednak odpowiedzieć im wszystko xD #fucklogic
    Co do wątku miłosnego, to dla mnie on właśnie bił po oczach. Póki ci dwoje się nie poznali czytało mi się to o tyle dobrze, że oboje mieli sprawne mózgi. Po wybuchu tej wielkiej miłości nagle oboje postanowili jak potłuczeni myśleć już nie o królu i zemście, ale o tym jak by tu się do siebie dobrać. Nawiasem mówiąc logiki w tej książce też brak. Dwunastoletnia dziewczynka powalająca na ziemię dorosłego mężczyznę? Lila wielce zaskoczona tożsamością Asha okazująca się później jego tajną opiekunką? Totalne olanie tego, że król wziął i wypadł z wieży przez jego ludzi? Już nie wspomnę o okładkowym plagiacie
    W którym momencie Jenna (bo zakładam, że to ona jest laską z okładki) miała na sobie zbroję, dzierżyła tak duży miecz? Logika poszła w las :)
    Według mnie Ty również powinnaś ochłonąć przed pisaniem tej recenzji (chociaż czyta się to mega dobrze!), bo jeśli u mnie rażą emocje negatywne, to u Ciebie z kolei bije po oczach tęczą ;P

    Pozdrawiam!
    Ula ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha! Wróciłabym do ciebie, bo zwykle zaglądam z ciekawości, czy ktoś odpisał ;)
      Absolutnie nie czuję się urażona. Wręcz przeciwnie, miło jest porozmawiać o książce z kimś, kto się ze mną nie zgadza :) Jeśli o moją recenzję chodzi - taki mam styl pisania, więc zwrot "bez jaj" o drugi który wymieniłaś nie jest niczym specjalnym, jeśli książka wybitnie mi się nie spododba, a w przypadku Zaklinacza tak właśnie było. Oczekiwałam dobrego fantasy, a dostałam historię potraktowaną po macoszemu. Zalety o których piszesz ty mnie nie zadowalały, bo gdyby się do nich przyłożyć bardziej, to książka mogłaby być serio świetna. Była mocno przeciętna.
      A tęczą bije w sensie takim, iż z mojej perspektywy wyolbrzymiasz zalety, o to mi chodziło. Wygląda na to, że mamy różne oczekiwania od książek, proste ;)

      Usuń
    2. To odpiszę już u siebie, jak zaglądasz! Cieszę się, że nie czujesz się urażona. Ja również lubię, kiedy nawiąże się jakaś konwersacja i wcale mi to nie przeszkadza, że mamy inne opinie >D.
      Cóż, każdy ma inny styl pisania recenzji, jak już zauważyłaś. Widocznie ja jestem tęczowym recenzentem, a ty emocjonalnym recenzentem ahahah XD.
      Ty uważasz, że ja wyolbrzymiam zalety, ja uważam, ze ty wyolbrzymiasz wady. Ciekawe podejście z naszej strony! Ja piszę po prostu to, co czuję, podobnie jak ty. Jedni lubią gdy akcja goni akcję i fabuła jest pełna zwrotów, drudzy lubią, gdy istnieją ciekawe opisy i naturalne, niewydręczone dialogi z odrobiną akcji. Patrzymy na tę książkę z dwóch różnych perspektyw i z różnymi gustami, co oczywiście nie świadczy, ze któraś z nas nie ma racji. I to jest właśnie fajne >D!
      #SadisticWriter

      Usuń
    3. Dokładnie ;) Miłą odmianą było przeczytanie pod moim postem sprzecznej opinii, bo toż rzadkość :D
      Pozostaje mi tylko cieszyć się, że tobie Zaklinacz przypadł do gustu ;)

      Usuń
  2. A tak właśnie czytam tę książkę, więc mam nadzieję, że mnie również się spodoba ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie czytałam, ale może kiedyś się za nią zabiorę :)

    Pozdrawiam Agaa
    http://ilovetravelingreadingbooksandfilms.blogspot.com/2017/08/47-recenzja-dolina-mgie-cz-i-droga.html

    OdpowiedzUsuń
  4. Przypomina mi "Szklany Tron", ale bardzo mnie zaintrygowała. Mam nadzieje, że sięgnę. Nie jestem jakoś wielką fanką fantastyki, ale lubię sobie od czasu do czasu poczytać.

    https://weruczyta.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. Osobiście słyszałam dużo skrajnych opinii i się zniechęciłam. Chyba za bardzo przypomina mi to ,,Szklany Tron", za którym szczególnie nie przepadam.
    Ale recenzja super, przyjemnością jest tutaj wpadać.

    Buziaki,
    Iza

    OdpowiedzUsuń
  6. Czytałam i mnie się ta książka podobała. Zgoda, miała kilka wad, ale one mi nie przeszkadzały. Jedna osoba napisała mi w wiadomości prywatnej, że pewnie oceniłam ją tak pozytywnie, bo dostałam ją od wydawnictwa. Absolutnie nie! Może miałam pisać o niej źle, bo sporej liczbie osób się nie podobała? Nigdy w życiu, bo mam własną opinię. Sądzę, że opowieść była ciekawa, chociaż akcja powinna być bardziej dynamiczna, opisy dokładniejsze, a ten wątek miłosny beznadziejny. Myślę jednak, że za mało osób docenia jej plusy, bo przecież przy niej można spędzić naprawdę miło czas. :D
    Bardzo spodobała mi się Twoja recenzja i ogólnie blog, więc z pewnością zostaję na dłużej. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Dziękujemy za komentarz :)