piątek, 30 grudnia 2016

[Recenzja filmu] Łotr 1. Gwiezdne Wojny - historie

Tytuł: Łotr 1. Gwiezdne Wojny - historie
Tytuł oryginalny: Rogue One. A Star Wars Story
Scenariusz: Chris Weitz, Tony Gilroy

Reżyseria: Gareth Edwards
Obsada: Felicity Jones, Diego Luna, Alan Tudyk, Mads Mikkelsen, Ben Mendelsohn i inni
Gatunek: Przygodowy, Sci-Fi
Premiera: 10 grudnia 2016 r.  (świat), 15 grudnia 2016 r. (Polska)

Czas: 2 godz. 13 min.
Opis: Kryminalistka o imieniu Jyn Erso  zostaje uwolniona z więzienia Imperialnego przez żołnierzy Rebelii, którzy chcą upadku Imperium Galaktycznego. Młoda przestępczyni niedługo po przybyciu do bazy Sojuszu Rebeliantów otrzymuje niezwykle trudne zadanie polegające na kradzieży planów nowej broni Imperium. Jyn Erso oraz jej oddział, zanim wykonają główną misję, będą musieli stawić czoła ogromnej przewadze wroga.  (via: filmweb.pl)

     Dawno, dawno temu w odległej galaktyce... Kiedy to dopełniła się zemsta Sithów, gdy Anakin Skywalker przeszedł na ciemną stronę Mocy i przybrał imię Lord Vader, kiedy Rebelia nadal próbowała walczyć o wolność, Imperator zażyczył sobie broni tak potężnej, że niszczy całe planety. Kto może być potrzebny do wykonania tego zadania? Świetny naukowiec. Nieważne, że sam należy do ruchu oporu, kiedy zagrozi się jego rodzinie, musi zrezygnować ze swoich przekonań. To uczynił Galen Erso. Ale jego córka nie zapomniała o krzywdzie i kiedy przypadkowo nadarzyła się okazja, pokazała, że Rebelia - przynajmniej jej część - nie jest bezczynna.
     Od kiedy w ubiegłym roku powrócono do wspaniałego uniwersum George'a Lucasa, z wątpliwościami patrzyłam na to, co się tworzy. Siódma część gwiezdnej sagi przypadła mi do gustu swoimi licznymi analogiami do pierwszej trylogii. Jak ma się rzecz z tegorocznym spin-offem, który kreuje zupełnie nowych bohaterów mających wpływ na całą tę opowieść? Czytajcie dalej.
     Nie uważam siebie za wielką fankę Star Wars, ale siedzę w tym kosmicznym świecie, odkąd byłam kilkulatką i oglądałam pierwszą trylogię na kasetach. Dobrze wiem, że za nic nie porzucę tego uniwersum, zbyt wiele ono dla mnie znaczy. Na Łotra 1  czekałam z lekkim niepokojem. Oto przedstawiona zostanie opowieść, której ojcem nie jest pan Lucas, a która ma świadczyć o tym, co działo się przed Nową nadzieją. Istniało ryzyko - nikłe, ale zawsze jakieś - że ta historia się nie uda, że Disney, który wykupił LucasFilm, zrobi z tego bajkę. A Gwiezdne Wojny nigdy nią nie były. Nie do końca. Mimo obaw nie rozczarowałam się zbytnio. Chwała za to niebiosom.
     Główna fabuła skupia się na grupie rebeliantów, których celem jest kradzież z archiwum Imperium planów budowy najpotężniejszej broni, nazwanej Gwiazdą Śmierci. Zanim jednak do tego dojdzie, musimy poznać tych bohaterów. Przyznam, że jak do wszystkich robotów Gwiezdnych Wojen zawsze mam ogrom sympatii, tak z ludźmi miewam problem. Nie polubiłam Jyn Erso, mówię to otwarcie. Nie wiem, czy to wina brytyjskiego akcentu Felicity, czy może tego, że zbytnio nie popisała się umiejętnościami aktorskimi. Jak postać była dobrze napisana, tak jej ukazanie w wykonaniu tej aktorki nie zachwyciło mnie. Zabrakło czegoś w ekspresji. Z pozostałych bohaterów nie mogłam przejść obojętnie obok niewidomego Chirruta Imwe, który nieustannym powtarzaniem jednej mantry dał mi nadzieję podczas seansu na to, że choć dobrze wiem, jak Łotr 1 się skończy - początek czwartej części sagi wyraźnie o tym mówi - ta opowieść nie jest bez znaczenia, że poświęcenie tych ludzi da odkupienie w przyszłości.

      Postaciami bez wątpienia zasługującymi na mój wieczny szacunek są Tarrkin (wciąż tak samo przerażający jak w Nowej Nadziei) i Kerrick zagrany rewelacyjnie przez Bena Mendelsohna. Obie te postaci ukazane są tak, jak ukazane powinno być Imperium, gdyby było człowiekiem: władcze, stanowcze, budzące powszechny respekt i bezwzględne. Może zabrzmię jak sadystka, ale jestem pod ich urokiem. Tak po prostu. To samo mam z kapitanem Cassianem Andorem. Rebeliant zdający sobie sprawę ze swoich złych uczynków w imię dobra, przyznający się do tego - pokazywanie słabości zawsze jest plusem, bo stanowi o naturze człowieka. A na Diego Lunę zawsze miło mi się patrzy.
     Jeśli chodzi o fabułę - tutaj na chwilę zamilknę. Nie powiem, że nie jest przemyślana, bo bym skłamała, ale z pewnością nie jest dorobiona. Między wieloma scenami brakuje spójności. Cechą Star Wars jest przerzucanie akcji z jednego statku na inną planetę czy coś podobnego. W Rogue One widz zostaje nagle wyrwany z jednej rzeczywistości w drugą, potrzebuje czasu, by przyzwyczaić się do nowego otoczenia, którego się nie spodziewał. Część winy ponoszą za to dialogi, które gdzieniegdzie brzmią po prostu drętwo. Nie wiem, czy to tłumaczenie nie do końca sobie poradziło, ale niektóre wymiany zdań wydają się być bez sensu, przechodzenie w słowach w różne stany emocjonalne nie jest plusem tego filmu.

     Należy wspomnieć coś o humorze, który się pojawia i najczęściej pochodzi od robota zwanego K2SO. Nie spodziewałam się, że jego sarkazm przypadnie mi do gustu. To pewnie przez tę jego metalową (dosłownie) mimikę twarzy, ale bardzo spodobało mi się to, jak ironicznie przedstawia niektóre sytuacje. Znalazł dla siebie miejsce obok R2-D2, C3PO i BB-8.
     Zdjęcia i muzyka gwiezdnej sagi to coś, co znalazło dla siebie miejsce w światowej popkulturze i chyba nic nie zdoła zmienić ich tak, by fani poczuli nienawiść. Bazowanie na poprzednich ścieżkach dźwiękowych nie jest błędem, a wspaniałą kontynuacją, zaś urokliwe i przepiękne obrazy przeróżnych planet sprawiają, że chcę polecieć w kosmos, jeśli tylko będę miała szansę zrobić to na pokładzie Łotra 1 lub Sokoła Millenium. 
         Czy jest coś, do czego mogłabym się przyczepić? Opowieść ma swój klimat, przez swoje zakończenie jest rewelacyjnym (prawie że idealnym) wstępem do wspomnianej już Nowej nadziei, bardzo dobrze dopasowuje się jako część poprzedzająca, ale ma jedną scenę, za którą ktoś powinien oberwać. Bardzo romantyczną scenę, która swoją otoczką nie pasuje mi do tak brutalnej historii. Po raz pierwszy w pełni uświadomiłam sobie podczas seansu, że cała Rebelia to jedna wielka samobójcza misja, zaczęłam współczuć tym wśród ludzi oporu, którzy zdawali sobie sprawę ze swojego tragicznego położenia, a tu dostałam coś, co pasuje mi raczej do innego filmowego gatunku. Jeśli chcecie wiedzieć, o którą scenę mi chodzi, obejrzyjcie. A później zgódźcie się ze mną, że choć się ona pojawia, ostatnia minuta zasługuje na oklaski. Bo naprawdę była iście epicka.
     Podsumowując, jeśli ponownie chcesz wejść do świata, gdzie Jedi zniknęli, gdzie Rebelia wciąż walczy, jeśli chcesz przekonać się na własnej skórze ile nadziei pozostało w galaktyce, gorąco zachęcam Cię do obejrzenia Łotra 1. Przeżyjesz niesamowitą przygodę, a to, co zostanie w Twojej głowie po seansie, może coś zmienić w Twoim postrzeganiu, czy warto zawsze walczyć o to, co ważne. 

Ocena: 6/10

"I'm one with the Forcethe Force is with me."

     Korzystając z okazji, że pojawia się recenzja, pragniemy całą trójką złożyć Wam życzenia. Wspaniałego, udanego, pełnego zabawy Sylwestra (tylko nie przesadźcie z alkoholem!) oraz pomyślnego, obfitego w pomysły i siły Nowego Roku. Życzymy Wam, by rok 2017 był dla Was wspaniałym czasem pokazywania siebie, spełnienia marzeń i tworzenia nowych wspomnień!
 Team Zniewolonych

wtorek, 27 grudnia 2016

[Recenzja książki] Amie Kaufman, Meagan Spooner - "W ramionach gwiazd"

Autorki: Amie Kaufman, Meagan Spooner
Tytuł: W ramionach gwiazd
Tytuł org.: These broken stars
Gatunek: Fantastyka, romans
Cykl: Starbound
Tom: 1
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Otwarte (Moondrive)
Ilość stron: 488

Opis:  Ikar, największy prom kosmiczny w całej galaktyce, rozbija się podczas rejsu. Jedyni ocaleni to Lilac – córka najbogatszego człowieka w całej galaktyce, i Tarver – młody bohater wojenny, który nie należy do elity. Muszą zjednoczyć siły, by wrócić do domu i rozwiązać zagadkę tajemniczych wizji, jakie zaczynają ich nękać.
Wkrótce rodzi się między nimi uczucie. Jednak w świecie, z którego pochodzą, ich związek jest skazany na potępienie. Czy mimo to nadal będą chcieli opuścić planetę?

Ludzie od zawsze marzyli o tym, aby wzbić się w niebo i dotknąć gwiazd. Zadawali sobie pytania, czy gdzieś w odległej galaktyce istnieje inna cywilizacja niż nasza i co by było, gdybyśmy zawładnęli wszechświatem. Książki chłoną te pytania i odpowiadają na nie niespełnionym marzycielom. Dzięki nim możemy poczuć się, jakbyśmy sami byli… w ramionach gwiazd.  To pierwsza moja kosmiczna pozycja książkowa, a ja mogę powiedzieć tylko tyle: chcę więcej.
Jeżeli szukasz akcji – ta książka nie jest dla ciebie. Przez większość czasu mamy tu po prostu opisy (ale nienudzące i bardzo wciągające!) oraz dwójkę podróżujących po opustoszałej planecie ludzi – Lilac LaRoux – płomiennowłosą córkę najbogatszego człowieka w galaktyce i młodego Tarvera Merendsena – majora, który szybko zyskał sławę przez swoje osiągnięcia na froncie. Rozdziały są pisane naprzemiennie z dwóch perspektyw, a przed każdym z nich mamy fragment rozmowy przesłuchiwanego Tarvera – dzięki temu od początku wiemy, że Lilac i Tarver nie zostaną na tej planecie na zawsze (całe szczęście). Jeżeli chodzi o perspektywy, zdecydowanie bardziej wolę Tarvera. To kolejna męska postać, która jest po prostu normalna, a przy okazji interesująca. Niejedna by takiego pokochała, ale cóż, padło na Lilac, którą chyba każdy na początku chciał zatłuc młotkiem. Dziewczyna zachowuje się jak kapryśna księżniczka, ale potem stopniowo się zmienia i da się ją lubić! To przede wszystkim waleczna i temperamentna ruda panienka (czemu mam wrażenie, że wszystkie rude są na takie kreowane?). 
„W ramionach gwiazd” to jedna z tych książek, które nas zaskakują. I nie chodzi mi o nieprzewidzianą w skutki fabułę, bo ta była dosyć prosta. Chodzi o samą okładkę, tytuł i opis – ten szczególnie mnie zmylił. Wystarczy obejrzeć tę książkę z każdej strony. Czysty romans okraszony gwiazdkami! Rzeczywistość jest całkiem inna. Nie lubię takich zabiegów. Byłam nastawiona na coś innego (Moondrive już po raz kolejny mnie zmylił) i dlatego na początku nie mogłam wczuć się w fabułę, która nie była słodka, a… dosyć mroczna! Jestem osobą, która nie lubi niespodzianek w książkach, a tu jedna się trafiła. Jeżeli myślicie, że to naprawdę historia o miłości to… zdziwicie się. Owszem, miłość jest, ale jej przejaw mamy dopiero na trzechsetnej stronie, na dodatek bohaterowie cały czas wynajdują jakiś powód, żeby się nie kochać, często taki, na który unosimy do góry brew i prychamy. Nie przepadam za miłosnym wątkiem tej powieści. Uważam, że mógł zostać rozwinięty wcześniej i lepiej. Efekt jest trochę płytki. 

Lubię kreacje Tarvera i Lilac, ale uważam, że powtarzanie przez nich tych samych kwestii po kilka razy jest czasem przesadzone, bo ile razy można czytać, że ojciec Lilac ma tylko i wyłącznie ją, a Merendsen musi koniecznie wrócić do rodziny, bo za nim płaczą? Bohaterowie są czasem niezdecydowani, ale nie mogę ich za to winić. Ja na pustej planecie, gdzie słychać dziwne głosy i widać nieprawdopodobne rzeczy (taka galaktyczna fatamorgana) też nie byłabym niczego pewna.
Tu prawie nic się nie dzieje, a jednak jestem wniebowzięta. Autorki bardzo zgrabnie poprowadziły powieść – nie odgadłabym, która co pisała, bo znakomicie się uzupełniają. Uważam, że to sztuka pisać ciekawie, kiedy prawie w ogóle nie ma akcji. Czasem nie mogłam oderwać oczu! Uważam, co prawda, że niektóre sceny były przesadzone, a sama końcówka pozostawia wiele do życzenia, ale i tak bardzo polubiłam tę historię. Przeżyłam tu coś, czego nie spodziewałam się przeżyć. Ten dziwny mętlik w głowie i myśl, że może ja sama oszalałam, a nie tylko bohaterowie, dostarczają nam wrażeń nie z tej Ziemi. To naprawdę wielka zaleta, kiedy treść wprowadza cię dogłębnie w wykreowany świat. Ja sama czułam się, jakbym była na tej opustoszałej planecie!
„W ramionach gwiazd” łączy w sobie kilka gatunków. Jest tajemnica – a więc thriller, jest science-fiction, trochę romansu, dramatu… Dobrze skonstruowana mieszanka! Uważam, że naprawdę warto przeczytać tę historię, chociaż mam świadomość, że nie każdemu może się spodobać. Szukasz dynamicznej akcji – to nie dla ciebie, szukasz wielkiego romansu – również nie jest dla ciebie, choć nie mogę odmówić książce słodkiej, powolnie rozwijającej się miłości. Wszyscy inni, którym nie przeszkadzają długie opisy i survivalowa podróż przez opuszczoną planetę – zapraszam! Ja osobiście nie mogę doczekać się następnych części trylogii – co prawda reszta książek jest o innych bohaterach, ale z tego co widzę w opisach, ich losy mocno się przeplatają! A premiera już w styczniu.

Ocena: 7/10

STREFA DOBRYCH CYTATÓW:

         Do dzieła, panno LaRoux. Pani suknia pasuje kolorem do listowia. Styl na leśną boginkę to na Koryncie ostatni krzyk mody, proszę mi zaufać”. Jestem ciekaw, czy w ogóle widziała kiedyś prawdziwe liście.

       – Mam nadzieję, że sprawdzi pan najpierw, co w niej pływa. Znając moje szczęście, mogą się tam kryć kosmiczne krokodyle.
        A niech mnie, udało się – zaczęła żartować!

     – Pada – mówię zachrypniętym od snu głosem. Odchrząknąwszy, dodaję: – Wszystko w porządku. Chmury polecają się na przyszłość.
      Lilac marszczy brwi, kuląc się niespokojnie.
        – Chmury? Czy to higieniczne?

sobota, 24 grudnia 2016

[Świąteczna recenzja Zniewolonych] Magdalena Kordel - "Anioł do wynajęcia"

Jakiś czas temu nasz Zniewolony Team wpadł na pomysł zrobienia pierwszego Book Toure’a. Nie brałyśmy do tego osób z innych blogów, postanowiłyśmy, że na razie spróbujemy jak to będzie wyglądać pomiędzy naszą trójką! Dlaczego akurat „Anioł do wynajęcia”? Opis spodobał się każdej z nas, więc stwierdziłyśmy, że z okazji zbliżających się świąt zabierzemy się za recenzję razem! Nasze opinie w większości są podobne, tak więc możecie wierzyć – na pewno oceniałyśmy książkę racjonalnie!


Autor: Magdalena Kordel
Tytuł: „Anioł do wynajęcia”
Gatunek: Literatura obyczajowa, romans
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Znak
Ilość stron: 440
Opis: Gdybyś całkiem przypadkiem, tam u siebie na górze, miał jakiegoś bezrobotnego anioła, anioła do wynajęcia, to pamiętaj o mnie. Bardzo proszę. A, i gdybyś mógł mi pomóc w tym, żebym tak do końca nie zapomniała, czym jest miłość i radość…
Michalina ma kłopoty. Została sama, bez środków do życia i bez dachu nad głową. Cały świat wydaje się być przeciwko niej. Kiedy jest już tak źle, że zaczyna tracić nadzieję, ktoś niespodziewanie zaprasza ją na kubek herbaty z cynamonem. Ktoś wysłucha z uwagą, przygarnie do serca, da nadzieję. Czy jednak tam w górze ktoś nad nią czuwa? Dobry duch, zaginiony Anioł Stróż?

SadisticWriter: Każdy z nas potrzebuje odrobiny ciepła i dobroci. „Anioł do wynajęcia” do pozycja doskonała dla osób, które chcą uwierzyć w prawdziwą wartość świąt, a przede wszystkim dla tych, którzy niejednokrotnie zwątpili w ludzkość. Tu się dzieją małe, nieprawdopodobne cuda, co prawda czasem są aż za bardzo naiwne, ale jednak pokrzepiają nasze serduszka. Dawno już nie czytałam książki, która wprowadziłaby mnie tak szybko w świąteczny nastrój, tu klimat bożonarodzeniowy aż bucha w twarz! Do połowy historii jesteśmy uraczeni ogromną dozą humoru, lekkiego smutku i potężną dawką słodyczy. Nie mogłam się oderwać, gdy ją czytałam! Gorzej przedstawia się druga część książki – wtedy zdajemy sobie sprawę z tego, że fabuła nie jest górnolotna i mogłaby być przedstawiona o wiele lepiej – raz jest nudno i tak naprawdę niektóre wątki można by było usunąć, potem nie możemy przestać się uśmiechać.
Uważam, że mało jest anioła do wynajęcia w „Aniele do wynajęcia”. Mam wrażenie, że Michalina i Konstanty zostali potraktowani jako element bardziej dodatni niż główny. To się w sumie dobrze składa, bo nie przepadam za wątkami związanymi z ich miłością – nie jest dla mnie wiarygodnie przedstawiona, ale może to kwestia tego, że nie posiadam duszy romantyka i pierwsze lepsze ckliwe teksty nie trafiają w moje serce. Mam wrażenie, że w treści pojawia się czasem zbyt wiele piosenek i wierszy. To ma swój klimat wtedy, kiedy nie ma ich tak wielu.
Książka staje się w pewnym momencie lekko odrealniona, naiwna, zbyt słodka i niewinna. Niby pojawiają się „ci źli”, ale jednak dobro wychodzi oknami i drzwiami z tej książki. Czy to wada? Myślę, że wśród ogromnych ilości dramatów, czasem jednak przyjemnie jest przeczytać coś, co nie będzie ranić naszej duszy i zostawi w sercu tylko miłe uczucie ciepła. Może nie jest to pozycja obowiązkowa na święta, ale miło było się z nią zapoznać!

6/10


Cleo M. Cullen: „Anioł do wynajęcia” to pełna ciepła, dobroci i miłości książka. Jej główną zaletą jest postać Petroneli zwanej Nelę, pani w starszym wieku, której cięty język, upór, sarkazm i opiekuńczość ujęły moje częściowo skamieniałe serce. Pokochałam tę postać i jestem pewna, że gdyby jej nie było, powieść nie byłaby aż tak ciekawa.
Pozostali bohaterowie zyskali moją aprobatę, żadna jednak nie zdołała podbić mnie tak jak Nela. Jeśli chodzi o główną bohaterkę, Michalinę i jej znajomość z Konstantym  wolałabym, żeby ich miłość nie była aż tak prosta, idealna i cukierkowa. Oczywiście, kibicowałam im, jak na romantyczkę przystało, ale brakowało mi ikry w ich wątku. Wszystko szło ku lepszemu, co nie przydarza się normalnym ludziom (miewamy codziennie jakieś problemy, czyż nie?).
Sama idea anioła do wynajęcia to odpowiedni punkt wyjścia dla opowiedzenia doświadczonej przez los dziewczyny. To, jakie anioły w ogóle mają wpływ na historię, podoba mi się. Aż sama chciałabym mieć takiego anioła.
Plusem powieści jest prosty język, zabawne dialogi i konsekwencja w kolejnych celach. Jedynie nie wiem, co się stało z jedną postacią, którą dobrze się zapoznało, a od połowy jej nie było. Może to z jej zniknięciem związany jest mały kryzys, który pojawia się gdzieś po stu pięćdziesięciu stronach? Ale kryzys mija, opowieść jest przyjemna.
Uważam, że warto poświęcić kilka chwil na spotkanie z książką pani Magdaleny. Idealny przerywnik między cięższymi lekturami, idealnie wpasowuje się w klimat świąt.

6/10


Paula: Ogólne wrażenia po przeczytanej książce są dobre. Fajnie się czytało z tego względu, że szybko i lekko. Niektóre fragmenty wzbudzały we mnie poirytowanie, dlatego, że postać Michaliny została wykreowana w dziwny sposób. Cały czas się zmieniała i nie było w tym żadnej konsekwencji, zupełnie, jakbym czytała o różnych osobach naraz.
Wiele sytuacji było do przewidzenia. Jeśli się pojawiła jakaś wzmianka to była kontynuowana dopiero po iluś stronach dalej. Pomimo, że nie mam zbyt dobrego zdania o Michalinie, to bardzo polubiłam jej przybraną babcię. Kobieta była sama i lubiła się stroić. Miała dość śmieszne podejście do niektórych spraw. Tam gdzie powinna zachować się poważnie, ona zachowywała się całkiem na odwrót.  Teraz tak sobie myślę, że mogłabym mieć taką babcię.
Konstanty zaraz po Michalinie jest nielubianą przeze mnie postacią. Ma duże mniemanie o sobie, uważa, że może decydować za innych. Charakter jest przeciwstawny do zachowania. Robi rzeczy ważne, jest gentlemanem, dobrze się wysławia. Pomimo takiego zdania na temat bohaterów, uważam, że książka była całkiem niezła. To wszystko za sprawą klimatu, który w niej panował, był taki świąteczny. Sądzę, że może przywracać wiarę w ludzi, tym którzy ją stracili.

7/10

Z okazji Book Toure'a pozwoliłyśmy sobie na bazgranie książki :)
Babcia Nela rozpierdziela! Dosłownie!
Było dużo słodyczy ;)
 Cleo zwraca uwagę na motyw biblijnego powstawania świata.
Jak widać: wszystkie pokochałyśmy babcię Nelę :D!

Przy okazji Świąt Bożego Narodzenia cały nasz zespół chciałby wam życzyć wesołych świąt! Zdrowia, szczęścia, spokoju ducha, cudownie spędzonego czasu w gronie rodzinnym, smacznego jedzenia, pełnych brzuchów i miłego świętowania! 

WESOŁYCH ŚWIĄT! 

czwartek, 22 grudnia 2016

Top 5 świątecznych filmów

Grudzień, dzień po dniu ludzie przygotowują się do Bożego Narodzenia. Robią zakupy, w pośpiechu kupują ostatnie prezenty. W tej gonitwie warto pomyśleć o odpoczynku. Doskonałą odskoczną od tego wszystkiego będzie seans filmowy. Nie tylko odpoczniemy, ale też spędzimy miło czas.
By podpowiedzieć na pytanie: co warto obejrzeć w tym grudniowym czasie, przygotowałam dla was Top 5 świątecznych filmów. Jest to moja własna lista zawierająca filmy, które lubię i polecam. Oczywiście jest ich dużo więcej, ale na potrzeby posta trochę ją zredukowałam. Każdy znajdzie coś dla siebie – od bajki po komedie romantyczne. Ciężko mi było mi zdecydować o hierarchii, dlatego też kolejność jest przypadkowa.
Wszystkie opisy do filmów pochodzą z filmweba.




    1.      Ekspres polarny (2004), reż. R. Zemeckis

Historia 8-letniego chłopca, który zaczyna tracić wiarę w istnienie Świętego Mikołaja. W Wigilię Bożego Narodzenia zostaje obudzony przez nadjeżdżający pociąg. Osobliwy pan Konduktor zaprasza chłopca w niezwykłą podróż na sam Biegun Północny.



Bardzo fajny film. Rozpoczynając od fabuły i nie kończąc na efektach montażowych. Doskonała gratka dla tych najmłodszych, jak i nieco starszych. Wszystko w filmie do siebie pasuje i jest dopracowane. Powstał on w oparciu o książkę Chrisa Van Allsburga. Mogłabym powiedzieć, że ekranizacja jest moralizatorska, zwraca uwagę na istotne rzeczy. Przechodząc do fabuły… Kiedy w nocy chłopiec wsiadł do pociągu, nie spodziewał się co go czeka w środku. Odbył podróż pełną wrażeń. Poznał podczas niej wielu przyjaciół. Kiedy dotarli do celu, to co zobaczyli wywarło na nich spore wrażenie. Chłopiec, który przez swoich kolegów przestawał wierzyć w magię Bożego Narodzenia, zmienił się.  Film pomaga odzyskać wiarę w magię świąt.

   2.     Opowieść wigilijna (2009), reż. R. Zemeckis

Ebenezer Scrooge jest znanym londyńskim skąpcem. Nie obchodzi świąt Bożego Narodzenia, jest niemiły w obejściu i nie ma przyjaciół. W wigilię, dokładnie siedem lat po swojej śmierci, bohatera odwiedza jego dawny przyjaciel Marley. Po krótkim wstępie opisującym jego życie pozagrobowe informuje starego przyjaciela, że odwiedzą go trzy duchy, świąt przeszłych, teraźniejszych i przyszłych. Przez spotkanie z nimi może uda się Ebenezerowi uniknąć losu byłego wspólnika.


Jest to jeden z piękniejszych bajko-filmów jakie widziałam. Piękna historia pewnego skąpca opisana w wyjątkowy sposób. Podobnie jak Ekspres polarny jest on moralizatorski. Z tą różnicą, że tutaj moralność ukazywana jest dobitnie, na każdym kroku – w poprzednim filmie była ona dostrzegana między wierszami.
Opowieść wigilijna uświadamia prawdziwą magię świąt Bożego Narodzenia. Mogłabym go oglądać w kółko, chyba nigdy mi się nie znudzi.

   3.      Cztery gwiazdki (2008), reż. Seth Gordon

Jak odwiedzić każdego z rozwiedzionych rodziców młodej pary w czasie świąt Bożego Narodzenia? Tym bardziej, że są to aż cztery nowe rodziny. Z takim właśnie wyzwaniem zmierzą się Reese Witherspoon i Vince Vaughn w filmie Cztery gwiazdki.


Było nieco bajek, więc teraz czas na komedie.
Film z humorem i dystansem do niektórych spraw. Komiczne poczynania pary, która mierzy  się z odwiedzeniem w Wigilię każdego z rodziców. Dwie wigilie to dopiero dramat, jeśli trzeba się na jedną zdecydować, a co kiedy jest ich aż cztery? Para robi wszystko, aby każdemu dogodzić, czy im się uda? Koniecznie musicie obejrzeć!

    4.      Świąteczny pocałunek (2011), reż. J. Stimpson
Pewnego wieczoru Wendy (Laura Breckenridge) – młoda projektantka z Bostonu, zostaje uwięziona w windzie z nieznajomym Adamem (Brendan Fehr). Kiedy dochodzi do ich namiętnego pocałunku, a drzwi windy się otwierają, Wendy ucieka przed mężczyzną. Następnego dnia okazuje się, że tajemniczy nieznajomy to w rzeczywistości wieloletni partner jej szefowej. Mężczyzna nie poznaje Wendy, co staje się dla niej jeszcze bardziej niezręczne, gdy Priscilla prosi ją o udekorowanie domu na przyjęcie bożonarodzeniowe.


Film w moim klimacie. Romantyczność musi być.
Historia niczym z bajki. Film wprowadza w cudowny klimat świąt Bożego Narodzenia. Są bombki, choinka, przyjęcie świąteczne  i oni. Przeznaczenie dało o sobie znać już następnego dnia, kiedy po raz pierwszy się spotkali. Czy ich pocałunek będzie miał konsekwencje? Zobaczcie.

    5.     Wesołych Świąt (2006), reż. J. Whitesell

W pewnym małym miasteczku Steve jak co roku wprowadza bożonarodzeniowy reżim dokładnie zaplanowanej tradycji. Jednak w tym roku jego plany pokrzyżują nowi sąsiedzi, a dokładniej Buddy, głowa przyjezdnej rodziny. Ubzdurał on sobie, że wykorzysta święta, by swój dom uczynić widocznym z kosmosu i postanawia przemienić go w jeden wielki neon. Szaleństwo rodzi szaleństwo, rywalizacja nabiera rumieńców, a wszystko to w imię świątecznego ducha, którego jednak brak obu panom.

Ostatnia i wcale nie najgorsza komedia. To pełna humoru historia, która przydarzyła się dwóm mężczyznom. Ich zachowanie budzi wątpliwości co do ich dorosłości. Zazdrość sąsiadów urosła do tego stopnia, że zaczęli rywalizować o bardziej oświetlony świątecznymi lampkami dom. Na pewno wyróżniali się spośród reszty sąsiadów. Nie wiem tylko czy pomysłem, sprytem, czy głupotą.


Wymienione wyżej opowieści świątecznych to tylko namiastka moich ulubionych filmów. Do nich zaliczam również kultowego wręcz Kevina samego w domu czy Kevina samego w Nowym Jorku. Istnieją filmy na wzór Kevina, ale jakoś za specjalnie je lubię. Dodatkowo podpowiadam, że To właśnie miłość także nadaje się do świątecznego filmowania.  Drugi świąteczny pocałunek, to kolejna komedia romantyczna na święta.
Życzę wszystkim świątecznego "seansowania", niech uszka was nie pokonają!

niedziela, 18 grudnia 2016

[Recenzja książki] Alicja Masłowska-Burnos - "Odprowadzam ciszę"


Autor: Alicja Masłowska-Burnos
Tytuł: "Odprowadzam ciszę"
Gatunek: Literatura obyczajowa, romans
Seria: Trylogia Ciszy
Tom: 2
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Psychoskok
Ilość stron: 298

Opis: Maja i Adam będą musieli zmierzyć się z mściwym Albertem Lenkiewiczem. Gorące i bardzo namiętne uczucie zakochanych zostanie wystawione na próbę. Czy kochankowie wytrwają razem? Kto tak naprawdę stoi za wszystkimi nieuczciwymi wydarzeniami w Medical"? Wreszcie, czy dziewczyna pokona swoją ciszę, czy uda jej się wrócić z krawędzi rozpaczy jako zupełnie inny człowiek? Odpowiedź na wszystkie te pytania znajdziecie Państwo w Odprowadzam ciszę". Autorka ponownie wprowadza nas w świat gorącego romansu i nieprzewidywalnego kryminału, wywołując niczym nieograniczone uczucia...

     Porwałam się trochę z motyką na słońce, wybierając dla siebie drugi tom trylogii, z którą nigdy wcześniej nie miałam do czynienia. Plus jest taki  brak oczekiwań względem treści. Minus  nie bardzo wiem, czy mogę spodziewać się streszczenia części pierwszej. Nie martwcie się, wielokrotnie wyjaśniane jest, co takiego miało miejsce wcześniej. Nawet za wiele tego wspominania, jak na moje oko.
      Maja, główna bohaterka książki, to ponad trzydziestoletnia, bardzo wykształcona kobieta, która choć jest chłodna w obejściu, cieszy się miłością Adama, którą gorąco odwzajemnia. Jej życie nie jest kolorowe  niedawno straciła dziecko, kiedy w pracy wyszły na jaw pewne przekręty, a ona została zepchnięta na schody, z których spadła. O tym zdarzeniu dowiadujemy się z retrospekcji, które są dobrą stroną powieści. Maja jest na granicy depresji, jedynie pan Starski i jego uczucie trzymają ją jako tako przy normalnym życiu. Na początku opowieści czeka ją operacja ręki, spotykamy ją, kiedy pakuje się do szpitala. I już pierwsze akapity z nią wywołały u mnie uniesienie brwi i pytanie: czy zdołam ją polubić?. Majka brzmiała jak ktoś, kto ceni sobie rzeczy materialne i lubi robić z igły widły. Poza tym nie spodobał mi się jej sposób wysławiania, bardzo często powtarzała w pytaniach słowa. Jestem pewna, że jej rozmówcy już przy pierwszym razie wiedzieli o co chodzi. Poza tym w tej postaci drażniło mnie to, jak często wspomina o swoim byciu na krawędzi własnej rozpaczy. Gdzieś w treści jest jeden długi akapit, gdzie to stwierdzenie pada trzykrotnie! Nie za dużo? Dodatkowo Majka w pewien sposób patrzy odrobinę z góry na innych ludzi. Dostrzegłam w niej dobro, kreatywność i pasję, jednak miejscami miałam ochotę porządnie nią potrząsnąć i powiedzieć: ogarnij się ze swoim życiem!, choć jestem o ponad dekadę młodsza i nie mam takich problemów jak ona.
Z pozostałych postaci najbardziej zarysowany jest Adam Starski, życiowy partner Majki, deweloper, który ma problemy w pracy, co jest wynikiem działań złych ludzi, którzy pojawiają się w tomie pierwszym, a są dobrze opisani w Odprowadzam ciszę. Adam to taki dżentelmen-łobuz jak dla mnie, toleruję go, ale nie wywołał u mnie żadnych głębszych uczuć. Nawet nie zwracałam głębszej uwagi na fragmenty, w których się pojawiał, nawet ten, w którym ponoć dopuścił się złej rzeczy, u mnie przeszedł bez echa. Postać do zaakceptowania i tyle.
Drugoplanowi i epizodyczni bohaterowie szczelnie wypełnili treść, jednak nie zdołałam polubić nikogo z nich. Przewija się ich dość dużo, miejscami można pomylić ich ze sobą, ale nawet to nie ma wpływu na odbiór. Są bohaterowie i znikają, kiedy ich obecność nie jest już fabule potrzebna. Bez większej szansy na poznanie oceniam, że nikt nie był niepotrzebny i nikt nie był wyjątkowy. Plusem wśród nich jest jedynie postać starszego lekarza, którego w dwóch istotnych sytuacjach spotyka Majka i widzi go jako jedyna. Chętnie dowiem się, kim on tak naprawdę jest.
  Jeśli chodzi o fabułę i jej poszczególne sceny, przechodzenie z jednych wydarzeń w drugie jest dość płynne, przez co nie zagubiłam się podczas czytania. Odpowiednio przedstawione wydarzenia z zachowaniem realizmu, plastyczne  to coś, co sobie cenię i dlaczego w ogóle czytam książki. Problemem  i to dość poważnym – jest nagłe i niekonsekwentne zmienianie czasu. Jakby autorka nie potrafiła zdecydować się na pisanie jedynie w czasie przeszłym lub tylko w czasie teraźniejszym z przeszłym – przy licznych wspomnieniach. Kuło mnie to w oczy, bardzo kuło. Do tego stopnia, że porzuciłam Odprowadzam ciszę" na dwa tygodnie, zanim wróciłam do dalszego czytania. Potrzebowałam ochłonąć, bo nie tylko zmiana czasu akcji psuła mi krew.
     Plusem powieści jest bardzo dobre oddanie emocji odczuwanych przez bohaterów. Smutek, bezradność, miłość, beznadzieja, pożądanie, przerażenie. Dobre oddanie poprzez realny obraz sprawia, że możemy współczuć Mai i jej bliskim podczas poznawania tej historii.
     Niestety, minusów  moim zdaniem  Odprowadzam ciszę" ma zdecydowanie więcej. Wspomniałam o skakaniu z jednego czasu w drugi. Na to można przymrużyć oko, jak i na wielokrotnie pojawiające się powtórzenia, choć tu może być problem. Niektóre słowa mogą nie chcieć dać się zastąpić, ale język polski jest przecież na tyle bogaty, by znaleźć synonim. Poza powtórzeniem słów istnieją na stronach tej powieści także powtórzenia wyrażeń, jak i całych fragmentów! Metoda kopiuj-wklej" się sprawdza, ale nie w prozie, czytelnik nie jest zachwycony takim zabiegiem, proszę mi wierzyć.

     Miejscami pojawiają się zdania, które mimo przeczytania raz, drugi i kolejny nadal brzmią jak wyrwane z kosmosu. Odnoszę wrażenie, że czasami autorka miała jakąś myśl w głowie, ale nie udało jej się ładnie ją zapisać, przez co na marginesach książki pojawiało się moje ukochane zapytanie Hę?".
     Zapytacie, co za hę"? Otóż, popisałam swój egzemplarz ołówkiem. Dlaczego to zrobiłam? Bo sumienie mi kazało. Książka ma tak tragiczny zapis, jeśli chodzi o dialogi  brak półpauz jest nagminny  jak i brak akapitów, że ja, czytelnik bez polonistycznego wykształcenia, parający się kiedyś przez chwilę hobbystycznie edytorstwem, zrobiłam trzecią korektę powieści. To chyba wiele mówi o stronie estetycznej książki. Tutaj prośba do wydawnictwa: jeśli już zachęcacie Państwo do wydania książki u siebie i chwalicie się, że każdą wydawaną książkę poprawia dwoje niezależnych korektorów, to przypilnujcie ich, by rzetelnie wykonali swoją pracę. Bo przy Odprowadzam ciszę" olano sobie wiele stron przy korekcie.

     Kolejnym minusem jest pojawianie się skrótów, jak na przykład: dr, kg, ul. Tekst prozaiczny nie powinien ich mieć, tak samo jak liczebników zapisanych matematycznie. Razi to trochę w oczy, ale przy odrobinie dobrej woli jest do wybaczenia. Tak samo jak i mnogość wielokropków, które niekoniecznie pasują w każdym miejscu, gdzie wstawiła je pani Masłowska-Burnos.
   Wyłapałam także pewien brak konsekwencji: w pewnym momencie prawnik Mai i Adama mówi, że podejrzani zostaną przekazani przez niemiecką policję i deportowani na teren Polski. Stronę później trzykrotnie mówi, że nie zna się na prawie ekstradycyjnym i nie wie, co się z nimi wydarzy. Może by tak ciągnąć jedną wersję do końca, a nie nagle wyskakiwać z zupełnie innym stanowiskiem? Bo czytelnik już gubi się w tym, jaki jest faktyczny stan rzeczy.
     Inną sprawą jest to, że bohaterka zna imię postaci, zanim je o nie w ogóle zapyta. Można to zrzucić na karb jasnowidzenia, ale takie zdarzenie pojawia się raz i wywołuje nagłą konsternacją. No bo jak to, widzę imię, a dopiero za pół strony pada pytanie: jak masz na imię?". Czy nikomu nie zabrzmiało to dziwnie podczas prac nad drukiem? Poza tym westchnęłam ciężko, kiedy zobaczyłam słowo doglądnąć". Taki kolokwializm jest dopuszczalny  nie mówię, że nie  ale czy nie wygląda on odrobinę nie na miejscu?
     Podsumowując, jak fabuła trzyma się dobrze, wszystko zmierza odpowiednim tempem do przodu, tak zapis, liczne powtórzenia oraz nie za ładny wygląd treści sprawia, że książkowi esteci, jak ja, mogą mieć problem z szybkim przebrnięciem przez treść. Nie jest to zła książka, ale tak upstrzona błędami, które odbierają radość z obcowania z nią, że nie potrafię wystawić wyższej oceny. Postaci polubić nie zdołałam, nie wciągnęło mnie tak, bym zachłannie zaczerpywała oddechu po każdym rozdziale. Mimo wszystko polecam osobą, które już zaczęły swoją przygodę z Trylogią Ciszy, przekonajcie się, czy życie Majki przestaje być zagrożone.

Ocena: 4/10

Za egzemplarz dziękuję:

STREFA DOBRYCH CYTATÓW:

     Niebo spada nam na głowę nie po to, by się nami zabawić, lecz by nas podziwiać, gdy się podnosimy (...). Człowieka nie da się zniszczyć, człowieka nie są w stanie zniszczyć żadne rany, ani jakiekolwiek cierpienie, bo człowiek jest silniejszy, niż się jemu wydaje (...).


     Kiedy cierpimy, jesteśmy wszyscy tacy sami. Cierpimy wszyscy w taki sam sposób, tu nie ma żadnej różnicy (...).


     Nikt z nas nie jest do końca dobry ani zły, nikt! Ludzie nie są biali ani czarni. Mają wiele barw, wiele twarzy.

     Czasami trzeba pogodzić się z tym, co los nam daje, czasami trzeba też coś stracić, żeby później potrafić docenić to, co się ma.

czwartek, 15 grudnia 2016

[Recenzja książki] Natasza Socha - "Biuro przesyłek niedoręczonych"

Autor: Natasza Socha
Tytuł: Biuro przesyłek niedoręczonych
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Pascal
Gatunek: Literatura obyczajowa, romans
Ilość stron: 304

Opis: Do Biura Przesyłek Niedoręczonych trafiają listy i paczki, które nigdy nie dotarły do adresatów. Zuzanna zaczyna tam pracować, bo ją samą też prześladuje pewien niewysłany w porę list. Z czasem coraz bardziej intrygują ją tajemnice innych ludzi. Kiedy trafia na listy, których nadawcy od trzydziestu ośmiu lat nie mogą się spotkać, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Ma czas do Wigilii, potem będzie za późno…

Każdy z nas choć raz dostał list, kartkę czy przesyłkę. Przypomnijcie sobie co wtedy czuliście. Radość? Na pewno. Kilka spisanych na czystej kartce słów, płynących prosto z serca, słodki rysunek czy upominek to jeden z lepszych prezentów, jaki można dostać od drugiego człowieka. Moment, kiedy wyczekujemy naszego listu jest magicznym czasem pełnym niecierpliwości, w najgorszych snach nie wyobrażamy sobie, co stałoby się, gdyby nasza przesyłka zaginęła, jednak… z niektórymi rzeczywiście tak się dzieje. I co wtedy? Już tylko „Biuro przesyłek niedoręczonych”!
Zawsze miałam problem z pisaniem o książkach, którym niewiele mogę zarzucić. Jestem na tyle czepialską osobą, że zawsze wynajdę jakiś niepasujący, irytujący czy niezadowalający mnie element. Z „Biurem przesyłek niedoręczonych” miałam wyjątkowy problem. Musiałam chwilę odczekać, ochłonąć i wypisać zalety oraz wady na kartce. Uwierzcie, wad jest naprawdę mało. Pierwszy raz byłam naprawdę dumna z tego, że to Polka napisała tą powieść. Wcale nie skomplikowaną, wcale nie fantastycznie oryginalną, a jednak… po prostu świetną! Jeszcze rok temu miałam wielkie uprzedzenia co do polskich dzieł, teraz jestem pewna tego, że nasi rodacy nie piszą gorzej od zagranicznych autorów.
Zacznijmy od okładki, czyli rzeczy najprostszej. Chociażbym nie chciała i tak zwróciłabym na nią uwagę. Jest prosta i po prostu piękna – na zdjęciu może nie widać, ale niektóre śnieżynki były brokatowe. Przez pierwsze pół godziny, kiedy otrzymałam przesyłkę z empiku, siedziałam z nią w rękach i uśmiechałam się do siebie jak wariatka. Oczywiście okładka nie jest jedyną rzeczą, na którą zwróciłam uwagę. Najbardziej zaciekawił mnie opis. Biuro przesyłek niedoręczonych połączone z zimowym klimatem? Tego jeszcze nie było!

Lektura umilała mi czas, kiedy leżałam chora w łóżku :)

Czytając tę historię, nie nudziłam się nawet przez moment. Raz się smuciłam, raz radowałam, generalnie większą część fabuły pochłonęłam z wypiekami na twarzy. Pani Socha ma niepowtarzalny styl pisania. Niezbyt skomplikowany, ale bogaty w porównania i życiowe mądrości. Bardzo podobały mi się ciekawostki, którymi byliśmy karmieni – szczególnie, jeżeli chodzi o zioła lecznicze. Często rozdział zaczynał się od takich ciekawych wzmianek, które tylko zachęcały nas do dalszego czytania.
Historię można podzielić na kilka sekcji. Mamy główną bohaterkę, Zuzannę, która zaczyna swoją pracę w biurze przesyłek niedoręczonych – jej życie kręci się wokół lotopałanki karłowatej (latająca wiewiórka!), pana Macieja z kawiarni, który opowiada genialne historie o swoich wnukach, niepełnosprawnego pana Stanisława, jej sąsiada, który zabija swoim cynizmem (panie Stanisławie, kocham pana) oraz Mili – starszej pani, która wciągnęła Zuzę w poszukiwanie odbiorców listów, które nigdy nie dotarły do właścicieli. Okazyjnie pojawia się także Rafał – syn właściciela mieszkania wynajmowanego przez Zuzannę. Nasza bohaterka wciąga się w korespondencje dwójki ludzi, która wysyła sobie listy od ponad trzydziestu ośmiu lat! Jak się okazuje – Tekla i Gaspar z jakiegoś powodu nie mogą się spotkać w umówionym miejscu 24 grudniu, swój rytuał powtarzają co roku, wciąż mając nadzieję, że coś się zmieni. Zuza postanawia im pomóc. To jest ta pierwsza sekcja książki. Następna dotyczy wspomnień i dziejów Gaspara oraz Tekli (każdego z osobna) i to chyba za nich najbardziej pokochałam tą opowieść! Wszystkie wątki idealnie ze sobą współpracują. Nie mamy wrażenia, że coś pojawia się w nieodpowiednim momencie.
„Biuro przesyłek niedoręczonych” to seria niesamowitych zależności i przypadków. Każda postać ma ze sobą coś wspólnego. Czasami jesteśmy zaskoczeni tym, jak autorka potrafi złączyć w fabule niektóre istnienia. Zazwyczaj ciężko mnie czymkolwiek zaskoczyć, a jak się okazuje – niewiele trzeba, by to zrobić! Po prostu umiejętnie poprowadzić fabułę.
Nie ma tu bohatera, którego bym nie polubiła. Każdy czymś się wyróżnia, każdy ma swoją krótką historię. Ile bym dała, by poznać takich ludzi w życiu codziennym! Ile bym dała, żeby mieć własnego, obrażającego się torbacza albo takiego zgryźliwego sąsiada, z którym mogłabym prowadzić niezłe debaty słowne! A oryginalny aptekarz, który ma wielkie serce do ludzi? Nic, tylko brać na męża! Dla kreacji ogromny plus.
Gdybym mogła, dałabym tej książce pełną punktację, ale jednak są malutkie wady, które trochę zaniżają moją ocenę. Byłam lekko zawiedziona spotkaniem bohaterów, o których tyle się mówiło przez całą książkę. Ich wątek był króciutki i… prawie nic nie znaczył. Gdy już minęła pierwsza fala zawiedzenia, pomyślałam sobie: a może tak miało być? Może, gdybyśmy zobaczyli ich reakcje, gdybyśmy usłyszeli ich słowa to pomyślelibyśmy: za bardzo cukierkowo, nie tak miało być, inaczej to sobie wyobrażałam! Może chodziło o to, abyśmy dopowiedzieli sobie co stało się z dwójką zakochanych? O to, żeby nie zepsuć tego, co wytworzyły między nimi listy?
Drugą, lekko zadziwiającą dla mnie rzeczą była sama końcówka. Nie chcę spoilerować, ale uważam, że wątek Mili pracującej w biurze był nie do końca wyjaśniony i… czułam niedosyt. W mojej głowie wytworzył się mały chaos. O ile Tekli i Gasparowi mogłam dopowiedzieć w głowie historię, tak przy niej czułam się zdezorientowana.
Ostatnia rzecz, której mogę się uczepić (w przeciwieństwie do poprzednich „zaskoczeń”, których za wady tak naprawdę nie uznaję) to, że w pewnym momencie wydawało mi się, że tych nieprawdopodobnych przypadków jest już za dużo. Nagle stały się dla mnie… niewiarygodne. Te powiązania między bohaterami zaskakiwały nas do pewnego momentu, już pod sam koniec nie były tak klimatycznie nieprawdopodobnie i patrzyłam na nie raczej z przymrużeniem oka.


Myślę, że każdy może wyciągnąć z tej historii inne wnioski. Jedni zatrzymają się i pomyślą nad złem dzisiejszej technologii i tempem ludzkiego życia, inni zastanowią się dlaczego sztuka pisania listów wymiera i do niej zatęsknią, jeszcze inni zamyślą się nad potężnym uczuciem jakim jest miłość albo jak miłe dla nas samych może być czynienie dobra. Książka nie tyle nas uczy, co po prostu przypomina nam o tym, co przecież dobrze wiemy. Ma swój własny magiczny i niepowtarzalny klimat. Nie jest przesłodzona, przesadzenie smutna, dramatyczna czy przerażająco szczęśliwa. Wszystko jest tu wyważone (z wyjątkiem tych nadmiernych powiązań). Spokojnie mogę ją polecić jako dobrą lekturę na wprowadzenie się w klimat świąt. Na pewno jeszcze do niej wrócę w przyszłym roku, a oprócz tego jestem wewnętrznie zmuszona do tego, aby zabrać się za inne dzieła pani Sochy! Polecam wszystkim, bez wyjątku. Z czystym sumieniem i po raz pierwszy na Zniewolonych, wystawiam ocenę…

8/10

STREFA DOBRYCH CYTATÓW:

Samotność smakuje wtedy, gdy jest dodatkiem do codzienności, a nie jej głównym składnikiem.

Bo tylko w bajkach tak naprawdę wybieramy między złotą koroną a srebrzystą suknią, w codziennym życiu zaś nosimy zwykłą, popielatą spódnicę, która drapie nas w łydki.

- Zrobi mi pan herbatę?
(...) – Nie będziesz ze mną polemizować na temat ludzkich pasożytów i przekonywać mnie, że świat jest piękny?
- Z cytryną?