piątek, 16 listopada 2018

[Recenzja książki] John Green - "Gwiazd naszych wina"

Autor: John Green
Przekład: Magda Białoń-Chalecka
Tytuł: Gwiazd naszych wina
Tytuł oryg.: The Fault In Our Stars
Gatunek: Literatura młodzieżowa
Wydawnictwo: Bukowy Las
Premiera: 4 czerwca 2014 r.
Ilość stron: 312

Opis: Hazel choruje na raka i mimo cudownej terapii dającej perspektywę kilku lat więcej, wydaje się, że ostatni rozdział jej życia został spisany już podczas stawiania diagnozy. Lecz gdy na spotkaniu grupy wsparcia bohaterka powieści poznaje niezwykłego młodzieńca Augustusa Watersa, następuje nagły zwrot akcji i okazuje się, że jej historia być może zostanie napisana całkowicie na nowo.
Wnikliwa, odważna, humorystyczna i ostra książka to najambitniejsza i najbardziej wzruszająca powieść Johna Greena, zdobywcy wielu nagród literackich. Autor w błyskotliwy sposób zgłębia ekscytującą, zabawną, a równocześnie tragiczną kwestię życia i miłości.
    
Życie naznaczone jest chorobą i cierpieniem. Codziennie natrafiamy na informację o jakichś tragediach czy epidemiach. Jest to częścią istnienia. Niekoniecznie jednak chcemy o tym wiedzieć, a choroby i wieści o nich wolimy odrzucać, bo zdają się być niewygodne. Każdy z nas może zachorować i to śmiertelnie. Tylko jak zareagujemy, kiedy choroba będzie się już panoszyć w naszych organizmach? Czy będziemy pamiętać, jak to było bez niej? Czy pozwolimy sobie coś czuć, posiadając wiedzę o tym, że umrzemy szybciej, niż byśmy chcieli? Takie pytania mógł zadawać sobie John Green, pisząc tę powieść. Czy zrobił to w sposób, który mnie pomógłby lepiej zrozumieć młodzież walczącą z rakiem. Przekonamy się poniżej.
Książka to nie moja pierwsza styczność z tytułem – kiedy wyszła ekranizacja, wybrałam się na nią do kina, by zobaczyć, czy warto będzie sięgnąć po powieść. Wtedy byłam zachwycona produkcją, dzisiaj, gdybym obejrzała ją drugi raz, pewnie korciłoby mnie, aby zmienić ocenę. Podeszłam jednak do książki tak, jakbym wiedziała o jej fabule niewiele, i to pozwoliło mi na dostrzeżenie kilku rzeczy. Po pierwsze, bohaterowie nie mogliby być moimi przyjaciółmi, gdybym miała szesnaście, siedemnaście lat, i to wcale nie dlatego, że są chorzy czy w fazie remisji, po prostu ich filozoficzne i często nad wyraz dorosłe zachowanie sprawiałoby, że miałabym  ich za osoby infantylne i nie czułabym się zbyt komfortowo w ich towarzystwie. Hazel była niby szarą myszką, a jednocześnie odniosłam wrażenie, że podoba jej się bycie w centrum uwagi, choć przy tym uchodzi za skromną i cichą, zwykłą wręcz postać. Gus jakoś nie rozbawiał mnie swoimi dowcipami, a wręcz dystansowały mnie one do niego. Do tego jego prostota raczej mnie nużyła, niż uwodziła. Po drugie, za wiele miałam już do czynienia z romansami dla młodzieży, by w kolejnych, dość dobrze przyjętych powieściach gatunku, znaleźć coś, co by je wyróżniło. Gwiazd naszych wina nie ma w sobie, jeśli chodzi o tę kwestię, tego czegoś, co nakazałoby mi siłą trwać przy lekturze, śledzić tę miłość, choć była dość urocza. Ale przy tym jakże przewidywalna. Bohaterowie drugiego planu to dla mnie postaci, które są, bo to rodzina Hazel i Gusa, ludzie ze spotkań i pewna dwójka związana z ukochaną powieścią Hazel, i te, które stworzono właściwie po nic, bo jedynie zapychają kartkę. Gdyby z grona tych drugich nie powołać do życia choć jednej, uważam, że historia nic by nie straciła. Oczywiście ważne jest tło w każdej opowieści, ale tutaj było nie dość że powtarzane, to przy tym często zbędne. Może to ja mam już zbyt duże wymagania, ale jeśli chodzi o bohaterów, to coraz częściej skupiam się na drugoplanowych i szukam wśród nich tego, który na jakiś czas zawładnie moim umysłem. Gwiazd naszych wina nie zapewniła ani jednej takiej postaci, przez co podejrzewam, iż za kilka tygodni ledwo co będę pamiętała zachowanie matek, ojców, sióstr i siostrzeńców, nawet pewien pisarz wypadnie mi z głowy. Zabrakło bohatera charyzmatycznego, a chyba na kogoś takiego wciąż liczyłam. Nie można jednak tylko narzekać na tę powieść. Podoba mi się to, jak czasami chłodno podchodzi się do pewnych rzeczy i to, że w ogóle mogłam zapoznać się z opowieścią, gdzie choroba nowotworowa gra dość dobrze główną rolę. Nie mam wykształcenia medycznego i nie biorę za pewnik tego, co John Green opisał, ale wyszło mu to wszystko dość składnie i to właśnie chorowanie stanowiło dobry punkt dla zwrotu akcji w całej powieści. Dawkowanie informacji, budowanie poczucia, że choroba, jaką jest nowotwór, nie odchodzi ot tak, sprawiły, że otoczka nad całością jest wyjątkowo dobra. Jeśli mowa o samej fabule, nie mogła mnie za bardzo zaskoczyć, bo przecież już ją znałam, ale mogłam dostrzec coś więcej. Budowanie relacji, stałe posuwanie się do przodu, podejmowanie decyzji – wszystko to jest także w naszym życiu. Plastyczność i naturalność w opisach nadaje odpowiedni klimat, sprawia, że książka może stać się czymś ważniejszym niż tylko samą wizją przyszłego losu. Może być także samą możliwą przyszłością. Ładne tempo akcji, rozmyślne przechodzenie ze scen do scen i z rozdziału do rozdziału. Ciąg przyczynowo-skutkowy został zachowany, a to dość ważne w historiach, gdzie wiadomo, że pojawi się przemijanie i strach przed tym, że umrzemy nie w czas, kiedy byśmy chcieli. Język powieści jest prosty, a przy tym wzbogacony w słownictwo naukowe, jak i filozofie ukryte w wypowiedziach. Powieść ta jest dobra na czytanie w podróży czy jednonocny maraton czytelniczy. Podsumowując, Gwiazd naszych wina to nie arcydzieło czy też zwykła, lekka lektura do poduszki. Niesie w sobie przesłanie mówiące, że chyba lepiej pozostawić po sobie jakiś ślad niż zostać zapomnianym. Jeśli ktoś chce opowieści z miłością, jak i z gorszą stroną, to zachęcam do lektury. Może bardziej polubicie Hazel i Gusa?

Ocena: 6/10

Strefa dobrych cytatów

Niektóre nieskończoności są większe niż inne.

– Nostalgia to skutek uboczny raka – wyjaśniłam.
– Nie, nostalgia to skutek uboczny umierania – sprostował.

(...) Żałoba nie zmienia człowieka, Hazel. Ona go obnaża.

7 komentarzy:

  1. Mnie ta książka nie urzekła tak, jak się tego spodziewałam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla mnie ta książka to druga Biblia. Nie przesadzam...naprawdę. Kocham ją. Na pewno będę do niej wracać setki razy, tak jak Hazel do "Ciosu udręki".

    http://weruczyta.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Książka potrzebna i ważna, aczkolwiek nie zachwyciła mnie tak, jak wielu innych czytelniczek...

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja chyba jednak podziękuję - czytałam o niej różne opinie...
    pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nigdy mnie do Greena nie ciągnęło. Jakoś nie przekonują mnie jego powieści mimo rzeszy fanów na świecie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jakoś nie przepadam za książkami Greena, tę przeczytałam zachęcona pięknym filmem, jednak książka nie podobała mi się tak jak film. Samo zakończenie bardzo mi się dłużyło.


    Pozdrawiam Agaa :)
    https://ilovetravelingreadingbooksandfilms.blogspot.com/2018/11/20-moich-ksiazkowych-faktow.html

    OdpowiedzUsuń

Dziękujemy za komentarz :)